Recenzja „Need for Speed: The Run”

Gamescom 2011, Kolonia, pokazy dla prasy Electronic Arts, 19 sierpnia. Wtedy też po raz pierwszy zetknąłem się z grywalną wersją najnowszego NFS’a. Sympatyczny pan z Black Box studios raczył zaprezentować nam jakże efektowny fragment rozgrywki, na trasie wiodącej przez skąpane malowniczo śniegiem Góry Skaliste. Już wtedy w mej mózgownicy zapaliła się lampeczka z napisem wow, jak to wygląda. Sam gamplay, przepełniony masą iście filmowych skryptów zrodził we mnie przypuszczenia, że The RUN będzie godnym następcą Hot Pursuit na poletku arcadowego odłamu tej serii. Czy wysoka jakość rozgrywki utrzymała się przez cały czas gry i czy ekipa z Black Box studios spełniła pokładane w niej nadzieje ? Na odpowiedź zapraszam do recenzji.

Milion Dollar Higway

Tytułem wstępu kieruje swe wyrazy szacunku do autorów. Za odwagę. Postanowili oni bowiem wpleść wątek fabularny do gatunku gier, który jak do tej pory kiepsko przyjmował zabieg przeszczepienia porządnego storyline’u w rzeczywistość racing’owej rozgrywki. Ile bowiem znacie ścigałek, które próbują Wam opowiedzieć jakąś historię? Oprócz fatalnego pod tym względem Motorstorma Apocalypse nic innego nie przychodzi mi do głowy. Dlatego tym bardziej ucieszyłem się na wieść w The RUN fabuła będzie odgrywała większą rolę niż tylko mocno naciąganego pretekstu do odbycia kolejnej sekcji szaleńczej pogoni za pierwszym miejscem na podium. Przynajmniej takie były ambitne założenia developera.

Głównym bohaterem gry jest niejaki Jack Rourke – kierowca z półświatka, który wplątał się w paskudne kłopoty zadzierając z tymi co nie trzeba. Poznajemy go gdy siedzi przywiązany grubymi warstwami taśmy klejącej do kierownicy swego Porshe. Tak się składa, że czerwona Carrera Rourka ma być za chwilę zmiażdżona w zgniatarce samochodów na jakimś opuszczonym wysypisku śmieci. Z nim w środku. Ot, tak to bywa gdy ktoś wisi mafii pieniądze i wcale nie kwapi się z tym by je oddać. Pierwsze zadanie gracza? Wydostać Jack’a z tego klaustrofobicznego piekła odpalając sekcję Quick Time Events’ów, jednocześnie ratując jego ciało przed sprasowaniem w stalowym uścisku. Już po chwili nasz żądny adrenaliny bohater zasiada za sterami srebrnej Audicy, próbując uciec mafijnym oponentom. Dalszy splot fabularny przedstawia się mniej więcej następująco: by uratować skórę, Jack musi wziąć udział w morderczym wyścigu od San Francisco do Nowego Jorku, którego stawką jest 25 milionów dolarów. Jak to mawiają na zachodzie winner takes it all, więc tylko pierwsze miejsce na podium wchodzi w grę, a organizator tego tryskającego adrenaliną wyścigu a’la Gumball 3000 nie przewidział żadnej nagrody pocieszenia za drugie miejsce. Sami przyznacie, że początek historii Need For Speed The RUN maluje się nam niczym w całkiem emocjonującym, acz niespecjalnie ambitnym filmie sensacyjnym . Niestety, o ile w pierwszych minutach rozgrywki mamy jeszcze nadzieję, że fabuła będzie pełna zaskakujących zwrotów akcji, ciekawych postaci i mocno filmowej otoczki, tak szybko dociera do nas, że storyline najnowszego NFS’a jest szczątkowy, przewidywalny i totalnie nieporywający. Tak, jest gorzej niż w dziełach kinematografii pokroju Za szybcy za wściekli, aczkolwiek należy docenić starania autorów by spróbować czegoś nowego i urozmaicić nieco standardową oś rozgrywki gatunku racing games o coś takiego jak fabuła. Inna sprawa, że ten element ewidentnie pokpiono i wypada on nad wyraz przeciętnie. Szkoda, bo akurat ten aspekt gry zapowiadał się naprawdę nieźle.

Wszystko albo nic

Naszym nadrzędnym zadaniem jest – tak jak już wspomniałem – ukończenie wyścigu na pierwszym miejscu. Zaczynamy z pozycji dwusetnej, by systematycznie torować sobie drogę na szczyt przez całe Stany Zjednoczone w adrenalinopędnej pogoni za najwyższą pozycją na podium. Gra została podzielona na dziesięć długich odcinków, z których każdy charakteryzuje się swoją unikalną stylistyką. Na różnorodność lokacji nie można narzekać. Jest to zdecydowanie jedna z największych zalet recenzowanego tytułu. Rzadko która gra wyścigowa pozwala nam bowiem rywalizować ze zmotoryzowanymi adwersarzami w tak zróżnicowanych trasach. Mamy tutaj spalone słońcem pustynne stepy, malownicze podmiejskie tereny, lasy, góry skąpane białym puchem, odcinki w nocy, w deszczu, podczas burzy czy pustynnej zamieci. Wielka szkoda, że mokra lub skuta lodem asfaltowa nawierzchnia nie ma wielkiego wpływu na to jak prowadzi się nasz napędzany potęgą silnika spalinowego samochód. Ogólnie rzecz ujmując model jazdy jest prosty niczym konstrukcja cepa. I o ile w takim Hot Pursuit autorzy udowodnili, że można zrobić prosty i dający zarazem masę satysfakcji model fizyczny auta, tak ekipie z Black Box cel ten udało się osiągnąć jedynie połowicznie. Owszem, jeździ się dość przyjemnie, ale różnice w prowadzeniu poszczególnych fur są zdecydowanie zbyt małe. Na domiar złego model jazdy nie jest na tyle precyzyjny i rozbudowany by pozostawiać pole bardziej wymagającym graczom do jego masterowania. To czysty arcade, ale w wydaniu casual friendly. Niedzielnym graczom się spodoba, ale zatwardziałym fanom pierwszego i drugiego Motorstorma już niekoniecznie, o sim-racingowych purystach nie wspominając. Oni powinni The RUN omijać szerokim łukiem.

Względnym urozmaiceniem rozgrywki jest fakt, że autorzy postarali się aby cała nasza przygoda z najnowszym NFS’em nie polegała tylko i wyłącznie na tym by dojechać na metę przed innymi. Owszem, konkurencja wyprzedź określoną liczbę przeciwników jest tą najczęstszą w praktyce, ale oprócz niej mamy standardowe czasówki podczas mijania określonych punktów kontrolnych czy też swoistą walkę ze zmotoryzowanym bossem w postaci pokonania mniejszej liczby bardziej wymagających kierowców. Szczególnie ta ostatnia wydaje się ciekawym pomysłem gameplay’owym – niestety – jak niemal wszystko w The RUN nosi znamiona syndromu z napisem niewykorzystany potencjał. Wspomnianych motoryzacyjnych potyczek jest raptem kilka, a nasi przeciwnicy, w których żyłach płynie wysokooktanowa benzyna są zarysowani na tyle szczątkowo, że zapomnimy o nich równie szybko jak ich pokonamy. Dość powiedzieć, że o części z nich dowiadujemy się nie w formie cutscenek, a poprzez lakoniczny opis ze zdjęciem facjaty podczas loadingu wczytującego trasę. Takie rozwiązanie w grze z solidnym zapleczem finansowym ze strony Electronic Arts zwyczajnie mierzi.

Warto nadmienić, że najbardziej zapadającymi w pamięć momentami są nie standardowe eventy, o których wspomniałem wyżej, a rzadkie, fabularne wydarzenia pokroju ucieczki przed gangsterami pod ostrzałem helikoptera w suburbiach przemysłowych Ohio, jazdy skradzionym radiowozem w Chicago czy też sekcji w Górach Skalistych podczas zmagania się z lawiną i spadającymi na trasę, gigantycznymi głazami. Niestety, te epickie chwile można policzyć na palcach jednej ręki średnio rozgarniętego pracownika tartaku, przez co pozostaje w nas pewien niedosyt, że autorzy nie postarali się o większą liczbę takich zapierających dech w piersi fragmentów gameplay’u. Akurat temu tytułowi solidna dawka fachowo wykonanych skryptów zrobiłaby dobrze, dodając rozgrywce nieco pikanterii i dynamizmu. Wspominałem już o niewykorzystanym potencjale? No właśnie.

Need For: Speedrun

Jakby mało było tych narzekań najnowsze dzieło Black Box jest tytułem, który nie zachwyci Cię swoją żywotnością. Jakież było moje zdziwienie, gdy po ukończeniu gry zauważyłem, że całkowity czas jakiego potrzebowałem na jej zaliczenie oscylował w granicach 2 godzin i 15 minut. W błędzie są jednak ci, którzy uważają, że The RUN można ukończyć w przywołanych przeze mnie ramach czasowych. W praktyce zajmie to Wam mniej więcej 4 godziny, ponieważ do głównego czasu (notabene umieszczanego na naszej tablicy w Autologu, o którym za chwilę) nie są wliczane przerywniki filmowe, sekwencje QTE czy powtórzenia poszczególnych odcinków. Nie zmienia to jednak faktu, że najnowszy Need For Speed jest tytułem weekendowym, który bawi maksymalnie przez dwa, trzy dni. Potem okazuje się, że zwyczajnie nie ma co robić, a dodatkowe wyzwania i multiplayer są zbyt słabą zachętą by zatrzymać Cię na dłużej przy konsoli.

Powodem dla którego być może szybciej odłożysz pada są także irytujące, nieprzemyślane, w moim odczuciu dające się uniknąć błędy projektantów gry. O ile nie sposób odmówić Black Box utalentowanych grafików, którzy potrafią zrobić użytek z technologii silnika Frosbite 2.0, tak tego samego nie mogę powiedzieć o ich game desingerach. Co za baran wpadł na pomysł by zmieniać auta w mijanych stacjach benzynowych? Okej, wiem, że jest to rozwiązanie po części spowodowane całą ideą rozgrywki, ale patent ten niesie za sobą drażniący błąd. Wyobraź sobie drogi czytelniku, że wjeżdżasz do takiej stacji by zmienić swoją sportową furę na powiedzmy amerykańskiego muscle cara. Ot, by mieć dodatkowy zapas koni mechanicznych pod maską kosztem bardzo topornego wchodzenia w zakręty. Po chwili okazuje się jednak, że kolejny odcinek trasy wiedzie przez górskie serpentyny pokręcone niczym włoskie spaghetti, do których Twój Doge Challenger kompletnie się nie nadaje. Zmiana samochodu w locie? Nic z tych rzeczy. Wybrałeś wóz, to się męcz aż do następnej stacji z charakterystycznym logiem Shell’a. Uroczo, nieprawdaż?

Kolejnym drażniącym błędem jest system respawnowania naszego auta. W każdym dostępnym odcinku trasy mamy do dyspozycji 5 takich cofnięć. Mogą się one uaktywnić na dwa sposoby. Albo poprzez wciśnięcie select’u, gdy stwierdzimy, że już nie zdołamy dogonić przeciwników, albo gdy gra uzna to za stosowne. Autorzy skryptu odpowiedzialni za system respawnu naszego auta do punktu kontrolnego byli ewidentnymi fanami rosyjskiej ruletki. Doprawdy, nie jestem w stanie pojąć na jakich zasadach działa ten mechanizm. Raz system respawnuje nas bo przejechaliśmy o dosłownie minimetr wyznaczoną trasę, by za drugim razem bezkarnie pozwalać nam na off-roadową wycieczkę daleko poza główną drogę. Na takie niedopatrzenia ciężko przymknąć oko, chociaż do samego pomysłu z cofaniem czasu nie mam nic do zarzucenia. Wielokrotnie będziecie z niego korzystać, chociażby w konsekwencji efektownych stłuczek. Inna sprawa, że nie został on opracowany prawidłowo.

Rozwijaj się i rywalizuj

In plus należy zaliczyć system zdobywania doświadczenia przez naszego zmotoryzowanego protagonistę. Gra przydziela nam punkty za efektowny drifting, wyprzedzanie przeciwników, czy osiągnięcie maksymalnej prędkości na prostej. Motywacją do dalszej zabawy jest fakt, że im wyższe jest doświadczenie naszego kierowcy, tym nowe opcje stoją dla nas otworem. I tak z czasem zdobywamy pasek nitro czy draftingu, które nabijamy odpowiednio jeżdżąc niebezpiecznie (najczęściej pod prąd – patent znany chociażby z serii Burnout), a drugi trzymając się w tunelu powietrznym naszego oponenta. Oba przydadzą nam się nie tylko w wyprzedzaniu kolejnych przeciwników w stawce, ale i w walce ze stróżami prawa, która w tej odsłonie serii jest zdecydowanie bardziej nastawiona na wymijanie i unikanie bezpośredniego kontaktu, niż na radosne take downy rodem z przywołanego przed chwilą Burnout’a.

Opcją podnoszącą żywotność zaledwie czterogodzinnego trybu singleplayer jest – będącą powoli standardem w serii Need For Speed – funkcja Autolog. Ta działa nad wyraz poprawnie i jeżeli grałeś w Hot Pursuit lub drugiego Shift’a to wiesz czego się spodziewać. Tablica wyników rodem z facebook’a na której umieszczane są nasze osiągnięcia w grze, porównywane automatycznie z czasami naszych przyjaciół z friendlisty jest z pewnością miłym dodatkiem, ale nie niesie ze sobą tego powiewu świeżości jak przy dziele Criterion, gdzie obserwowaliśmy jej debiut. To już było. Nic nowego.

Odskocznią od głównego wątku The RUN jest tryb wyzwań, w których to autorzy postanowili przedstawić nam te same odcinki eventów z singla, lecz w nieco odmiennych warunkach gameplay’owych. Na tych fragmentach trasy, gdzie w głównym trybie dla pojedynczego gracza był wyścig, w trybie wyzwań jest czasówka i tym podobne przetasowania. Zadbano też o zmianę warunków atmosferycznych lub oświetlenia, ale w gruncie rzeczy widać jak na dłoni, że tryb ten jest swoistym recyclingiem tras z singlepayera mającym na celu wydłużenie krótkiej zabawy z grą. Motywacja w postaci zdobywania dodatkowych samochodów tu nie wystarcza, bo i tak jest ich zdecydowanie za mało, a nawet jeśli, to przydadzą się one jedynie w trybie multiplayer, bo w singlu i tak nad wyraz rzadko będziemy korzystać z opcji zmiany auta.

Skoro już jesteśmy przy trybie dla wielu graczy – ten wypada dość przeciętnie. Drażni brak samodzielnego wyboru trasy, ot jesteśmy wrzucani przez autorów przez z góry narzucone sety fragmentów poszczególnych odcinków. Matchmaking działa poprawnie, zdarzyły mi się natomiast drobne lagi i problemy z dziwnym przeskakiwaniem aut moich on-linowych oponentów po asfaltowej nawierzchni pokonywanej trasy. Osoby mające styczność z tożsamym trybem multiplayer’owym GT5 wiedzą o czym mówię. Nie wygląda to za dobrze i świadczy po prostu o nie najlepszej jakości kodu sieciowego.

Nie wszystko złoto, co się świeci

Pod względem oprawy graficznej The RUN to tytuł najwyższej próby. Ekipa Black Box studios zrobiła doskonały użytek z technologicznego zaplecza jakie oferuje silnik Frosbite 2.0. Gra wygląda miejscami zjawiskowo. Największe wrażenie robi szczegółowe wykonanie otoczenia. Każdy z dostępnych dziesięciu odcinków oferuje odmienną stylistykę wizualną, więc na monotonię wyglądu tras z pewnością nie można narzekać. Efekty świetlne i odblaski np. na mokrej jezdni prezentują dokładnie ten sam, wysoki poziom co w Battlefieldzie trzecim i trudno przejść obok nich obojętnie. Nieco gorzej – co nie znaczy źle – prezentują się modele aut. Nie są wyrzeźbione tak precyzyjnie, z maniakalną wręcz dbałością o każdy szczegół jak auta Premium w GT5, aczkolwiek i tak potrafią zachwycić swoim pięknem.

Pytanie tylko, co z tego, że gra wygląda miejscami obłędnie, skoro praktycznie na każdym innym polu zawodzi? Z najnowszym Need For Speed’em jest trochę tak jak z bardzo ładną dziewczyną, która oprócz kwestii wizualnych nie ma praktycznie nic innego do zaoferowania. Jest piękna, ale pusta w środku, a jej charakter jest równie skomplikowany co drewniane pudełko pełne trocin. Jeżeli od gier wyścigowych oczekujesz prostej, niespecjalnie rozbudowanej rozgrywki okraszonej efektowną oprawą audiowizualną i nie będzie przeszkadzał Ci fakt, że tytuł, który kosztuje niemal dwie stówki da się skończyć w dwa krótkie wieczory, to możesz rozważyć zakup The RUN’a. Jeżeli jednak szukasz w grach większej głębi to radzę poczekać aż cena spadnie do pułapu poniżej stu złotych, ewentualnie sięgnąć po inny tytuł z tego segmentu. Ja z najnowszym Need For Speed’em bawiłem się całkiem nieźle, ale w ogólnym rozrachunku – w obliczu wszystkich wad jakie wymieniłem w recenzji – gra jest co najwyżej średniakiem niewartym inwestowania weń pełnej ceny. W chwili zalewu jesiennych hitów można go z czystym sumieniem pominąć bez specjalnego żalu i rozgoryczenia.

Zostaw komentarz

Na tapecie
MediEvil