Recenzja „NHL 12”

Najlepsza hokejowa seria powróciła i wygląda jeszcze lepiej niż kiedykolwiek przedtem! Ci, którzy uważają, że jest to tylko stara gra z aktualnymi składami są w wielkim błędzie.

Wielkie gwiazdy hokeja na lodzie znów w natarciu. Niebawem do sklepów trafi kolejna, 20 już, gra z serii NHL sygnowana marką EA Sports. Fani tego kontaktowego i na swój sposób brutalnego sportu nie mogą przejść obok tego tytułu obojętnie. Tym bardziej, że z roku na rok seria NHL jest lepsza i w prowadza kilka usprawnień. Czy w tym roku będzie podobnie, czy Elektronicy będą mogli się szczycić najlepszą grą o hokeju na lodzie?

Dla każdego coś miłego

NHL 12 wzorem swojej poprzedniczki wspiera te same tryby rozgrywki, jednak są one nieco poszerzone i rozbudowane. Ponadto EA Sports wprowadziło do najnowszej odsłony gry kilka ciekawych form zabawy, jak chociażby Be-a-star, czyli wariacja kariery ale znanymi z przeszłości zawodnikami z ligi. Zacznijmy jednak od samego początku.

Podstawowym trybem rozgrywki jest Be-a-pro, czyli wspomniana wcześniej kariera. Powracają te same motywy, co w poprzedniej odsłonie. Swoją hokejową karierę możemy zacząć od wyboru drużyny z NHL lub poprzez draft do ligi. W przypadku tego drugiego zmuszeni jesteśmy do zagrania turnieju niższej klasy rozgrywkowej. Na postawie progresu z turniej otrzymujemy pozycję w drafcie. Dodatkowo, od tego sezonu, pojawił się kolejny szczebel sportowej kariery, ten najniższy, od którego wszystko się zaczyna. W tej edycji gry zaimplementowano ligę CHL, czyli juniorskie rozgrywki, od których możemy, lecz nie musimy, zaczynać swoją hokejową karierę. Pójście ta drogą oznacza, że gracz ma mnóstwo czasu, gdyż szansę na draft otrzymuje się dopiero po 2-3 sezonie gry w CHL. Jednak do wytrwałych świat należy i taka forma rozwoju zawodnika z pewnością znajdzie swoich miłośników. Zwłaszcza, że ma też wpływ na ogólne wyszkolenie playera. Im więcej meczy się rozegra tym więcej punktów doświadczenia otrzymamy, co następnie przelicza się na overall gracza. Wiadomo natomiast, iż ten jest wyższy, tym łatwiej przychodzą na różne rzeczy, nie tylko w grach sportowych.

Warte podkreślenia jest to, że począwszy od tego sezonu, karierę zawodnika można symulować. Nie chodzi o całe mecze, gdyż to już było w poprzedniej części, mam na myśli symulacje podczas gdy nasz zawodnik odpoczywa na ławce lub odsiaduje karę. Takich symulacji są dwie – szybko oraz powolna. W przypadku wyboru tej drugiej opcji możemy przeglądać statystyki strzałów, zawodników oraz ogólnie spojrzeć poglądowo na to, co dzieje się w danej sytuacji na lodzie.

Myślicie, że to koniec zmian w Be-a-pro? Nie, choć zbliżamy się już do finiszu. Kolejną nowością wpływającą na to, że czujemy się ważni na lodzie są zadania, jakie otrzymujemy od trenera. W każdym meczu możemy otrzymać dwa takie taski. W zależności od rozwoju sytuacji na tafli trener może cię poprosić o zwiększenie intensywności strzałów na bramkę przeciwnika, strzelenia bramki, czy też podłożenia się pod faul, gdyż potrzeba jest gra w przewadze. Za wykonanie zadań otrzymujemy kolejne punkty doświadczenia.

Granie gwiazdą ligi od normalnej kariery nie różni się niemal niczym poza jednym wyjątkiem – możemy zagrać gwiazdą NHL i wpłynąć na sukcesy, jakie ona odnosiła. Wszystko zależy od nas – albo zagramy tak dobrze, a nawet lepiej i poprawimy wyniki osiągane przez Gretzky’ego czy Gordie Howe’a, albo nam się nie uda.

Ahh… ta brutalność

W odróżnieniu od piłki nożnej w hokeju na lodzie kibice siedzący na trybunach nie leją się po mordach i nie powodują burd. Natomiast na tafli lodowej wszystko jest możliwe za sprawą nowego impact engine, czyli silnika odpowiedzialnego za fizyczne kontakty zawodników. Już na pierwszy rzut oka widać poprawę w stosunku do poprzedniej odsłony. Teraz body checki są bardziej naturalne i wyglądają lepiej, jakby żywcem wyjęte z prawdziwej gry. Bramkarze wreszcie nie są już murem nie do pokonania. Teraz to zwykli gracze, na których można wpaść i ich przewrócić, a nawet zerwać im maskę (to samo tyczy się hokeistów z pola). Oczywiście natarczywe atakowanie bramkarzy spotka się z zainteresowanie drużyny przeciwnej, która szybko zareaguje i bójka wisi w powietrzu. Konsekwencje są wszystkim znane – kara minutowa. Nowy silnik pozwala także na rozbicie pleksy. Można tego dokonać na dwa sposoby – albo potężnym strzałem (niestety niecelnym) lub poprzez wejście ciałem w przeciwnika. Fajny bajer, lecz tylko bajer.

Elektronicy postanowili także powrócić do bójek bramkarzy. Brakowało tego w poprzedniej odsłonie. Teraz jest i walczy się przyjemnie. Cała mechanika pojedynku wygląda identycznie jak wcześniej. Wymiana ciosów odbywa się z perspektywy pierwszej osoby i mamy kilka opcji na rozwiązanie konfliktu – poddać się, lub walczyć na kilka sposobów. Na przemian kombinując ciosy lekkie z mocnymi przeplatane to unikiem, bądź blokiem.

Co nowego w serii?

Prócz podstawowych trybów rozgrywki (kariera, kariera gwiazdą, sezon, kariera managerska, multiplayer, play-off, ultimate team) gra oferuje także NHL Winter Classic, czyli zimowe hokejowe show na lodzie pod gołym niebem. Ta forma rozgrywki dostępna jest także w sezonie oraz karierze.

Graficznie NHL 12 prezentuje się znakomicie. Widać mniejsze bądź większe poprawki względem NHL 11. Dodano do każdej drużyny wyjście na lód (brakuje tego w karierach). Jeśli zaś chodzi o grywalność, to tutaj „12” bije „11” na głowę. Poprzez nowy silnik gra się naprawdę doskonale, niemal ja w rzeczywistości. Prowadzenie krążka nie jest już takie proste, łatwo można go zgubić. Partnerzy są obecni w grze, a nie jak w NHL 11, że byli statyczni, i potrafią się pokazać na pozycji. Strzały też wyglądają lepiej. Mimo, iż trudniej strzelić bramkę na wyższych poziomach trudności, to jej zdobycie nawet w kuriozalny sposób po kilku rykoszetach dostarcza niesamowitą frajdę. Dodatkowym atutem jest kilka wersji cieszenia się po zdobyciu gola, którą sami wybieramy naciskając odpowiedni przycisk. Bramkarze też nie zachowują się jak ninja i nie skaczą na każdy krążek – rozwaga i pewność siebie przez nich przemawia, a ich interwencje są naprawdę doskonałe.

Online, to zupełnie inna sprawa

Czymże byłaby gra sportowa, gdyby nie posiadała możliwości rozgrywki sieciowej. NHL 12 nie jest wyjątkiem i również wspiera tą formę zabawy. Można pograć jak się chce. Zwykły mecz, konkurs rzutów karnych czy ligę, a nawet turniej daną drużyną. Oczywiście jeśli na wszystko znajdzie się czas. W moim przypadku najczęściej grałem pojedyncze mecze. Trzeba przyznać nie jest łatwo. Gra z żywym przeciwnikiem zawsze jest trudniejsza, niż z komputerem a i prędkość gry jest bardziej wolna od tej, do jakiej jestem przyzwyczajony grając w pojedynkę.

Jednak nie to przykuło moją uwagę, a ogólne problemy z rozgrywką. Matchmaking nie uległ takiej poprawie, jakiej gracze by sobie tego życzyli. Błędy typu: dwaj gracze już są, ale nie mogą zatwierdzić meczu nadal się pojawiają. Ponadto gra często chrupie i zrywa podczas rozgrywki sieciowej. Oczywiście kończy się to walkowerem i ucieczką zapisaną w statystykach. Ten problem to największa bolączka najnowszego NHL.

Podsumowując NHL 12 to kawał dobrze wykonanej gry, z roku na rok coraz lepszej i wprowadzającej wiele usprawnień (nie tylko graficznych). Nasuwa się pytanie, czy jest sens wydawać 200 zł co roku na grę, która wygląda niema identycznie, jak poprzedniczka, a ma nowsze składy? W tym przypadku, jeśli mowa o NHL 12, to tak – zdecydowanie tak. Oferuje ona tyle nowości, że z pewnością warto ją posiadać w swojej kolekcji.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Marvel's Avengers