Recenzja „NieR Automata”

NieR Automata trafiło w moje ręce trochę przypadkiem, niecałe dwa miesiące po premierze tytułu. Trochę może i wstyd się przyznać, ale pomimo, iż pierwszy NieR ukazał się jeszcze w 2010 roku, a od grudnia dostępne było demo Automaty, o grze wiedziałem tyle, że tworzona jest przez Platinum Games i że wychodzi w marcu. I bardzo się cieszę, że życiem czasem kieruje przypadek, bo ominęłaby mnie przepiękna gra.

Z tego co wyczytałem z opinii graczy, pierwszy NieR – nietworzony jeszcze przez Platinum – miał świetny, unikalny klimat i wartą poznania warstwę fabularną, co było zasługą przede wszystkim perspektywicznego twórcy Yoko Taro, twórcy powiązanej z serią NieR, serii Drakengard. Gorzej wyglądała rozgrywka, trochę sztywna i nie za bardzo widowiskowa. Ten aspekt miało poprawić właśnie Platinum Games, studio odpowiedzialne za takie produkcje jak Metal Gear Rising: Revengeance czy serię Bayonetta. Połączenie talentu niesamowicie zdolnego, japońskiego twórcy oraz doświadczenia utalentowanej ekipy dało w efekcie grę przepiękną, o czym już wspomniałem, a także bardzo grywalną. Poznajcie androidy, które kilka tysięcy lat w przyszłość walczą o przetrwanie ludzkości na zdewastowanej przez kosmitów, i kontrolowane przez nich maszyny, Ziemi.

Gracz wciela się w 2B, przystosowaną bojowo androidkę, która zostaję wysłana gdzieś na Ziemię, gdzie ma uspokoić nieco zbyt aktywne maszyny oraz wesprzeć członków ruchu oporu w walce z nimi. Bohaterce towarzyszy oddział innych androidów, w tym 9S, który ratuje ją przed niechybnym zmiażdżeniem przez potężnego Goliata i zostaje jej towarzyszem podróży, a następnie… drugą grywalną postacią. I zanim posądzicie mnie o spojler, na swoje usprawiedliwienie napiszę, że – po pierwsze – informacja taka znajduje się na tyle pudełka gry, a po drugie fakt, że grę przechodzi się kilka razy jest istotne z punktu widzenia osoby, która potencjalnie chce ją kupić, a taką osobą bez wątpienia jesteś Ty, Czytelniku. Jedno przejście bowiem zajmuje, uwzględniając wykonywanie zadań pobocznych, około 14 godzin, co może nie jeszcze czasem krótkim, ale też na pewno niewystarczającym, jak na slashera z otwartym światem. Trzykrotne przejścia wydłuża ten czas trzykrotnie, co jest już wynikiem więcej niż zadowalającym. Warto także wiedzieć, że każde przejście jest inne od poprzedniego – albo oglądamy te same wydarzenia z innej niż poprzednio perspektywy albo w ogóle poznajemy wydarzenia dalsze. Jest to świetne rozwiązanie, jednak nie byłoby takie, gdyby nie doskonale napisana fabuła i postacie występujące w tym, bądź co bądź, dramacie, a przede wszystkim dwójka wspomnianych już protagonistów.

Yoko Taro udało się stworzyć wyjątkowy klimat zdewastowanego, zawładniętego przez maszyny i dziką naturę świata. Wkraczają do niego wysłane przez ludzi androidy, które mają ten świat ponownie zburzyć i zbudować na nowo tak, aby ludzie mogli na nim ponownie zamieszkać. Jednak cel przyświecający misji, w której uczestniczą protagoniści schodzi na dalszy plan, a na pierwszy wysuwają się relacje łączące 2B i 9S, ich przyjaźń granicząca z miłością, pytania o to, czy androidy mogą, a jeśli tak – czy umieją okazywać uczucia i czy są w stanie przełamać zaprogramowane protokoły, aby przeciwstawić się swoim stwórcom i postąpić zgodnie ze… swoim sumieniem. To oczywiście nie wszystko, gdyż na swojej drodze, przemierzając chociażby opuszczone osiedle na środku pustyni czy wciąż działający park rozrywki, napotkamy wiele postaci pobocznych z ich własnymi problemami czy przemyśleniami, które uzupełniają wątek fabularny. Ten jest także uzupełniany przez informacje i archiwa gromadzone w trakcie gry, które są równie ciekawe, co dialogi wysłuchiwane podczas wątku głównego. Warstwę fabularną poznajemy stopniowo, podczas kolejnych przejść odkrywamy odpowiedzi na kolejne pytania, a każde przejście jest ciekawsze od poprzedniego i kryje za sobą inne zakończenie. Historia w NieR Automata to piękne przeżycie.

Wpływ na to ma też rozgrywka, znacznie dynamiczniejsza niż w części pierwszej. 2B dzierżyć może dwie bronie białe – większą i mniejszą. Oręż zbieramy podczas rozgrywki lub kupujemy u napotykanych tu i ówdzie handlarzy – a są to nie tylko miecze, ale także dwuręczne włócznie czy kije. Bronie zmienia się w locie, dzięki czemu tworzyć można kombinację ciosów, które kompletnie dezorientują przeciwników. Nie wszystkich jednak, bo oprócz standardowych, mało żwawych robocików, na naszej drodze stają nieco większe maszyny, umiejące choćby atakować z zaskoczenia lub przy pomocy kul energetycznych. Największe są jednak wspomniane Goliaty, które napotykamy w kilku momentach fabularnych, a walka z nimi jest efektowna i wieloetapowa i nie odbywa się wyłącznie na nogach, ale często także w latającym egzoszkielecie, co wpływa na dynamiczność starcia. Nie zabrakło naturalnie także walk z bossami, które są zdecydowanie najciekawszymi i najróżnorodniejszymi walkami. Podobnie, choć nieco inaczej, wygląda rozgrywka w ciele 9S, gdyż ten nosi ze sobą – a raczej lewituje za nim – tylko jedna broń, gdyż drugą jest… hakowanie. Tak, „Nines” jest androidem stworzonym głównie do hakowania i korzysta ze swojej umiejętności bardzo często, znacznie ułatwiając sobie starcia. Za pomocą trójkąta wejść można do głowy każdego napotkanego – i wrogo nastawionego – do nas robota, a po zaliczeniu mini-gierki o różnym stopniu trudności, ale polegającej na zestrzeleniu czarnej kuli, można zadać mu znaczne obrażenia lub czasami przejąć nad nim kontrolę i w ten sposób zaskoczyć pozostałych wrogów. Niezależnie jednak od wszystkiego, drugie przejście gry, już w skórze 9S, jest dzięki takiemu zabiegowi twórców bardziej różnorodne i po prostu inne. Nie wspomniałem jeszcze, że każdy z kierowanych przez nas androidów ma swojego własnego Poda, czyli lewitującą skrzynkę wspierającą nas w walce wystrzeliwanymi pociskami, specjalnymi właściwościami czy przydatną radą. Ponadto, Poda, jak i dzierżony oręż można rozwijać i wzmacniać za pomocą zbieranych z pokonanych wrogów części oraz innych przedmiotów znajdowanych w świecie gry. Rozwijać można także umiejętności bohaterów, co odbywa się poprzez instalację w rdzeniu właściwych czipów, które zwiększają choćby siłę ataku, szybkość czy ilość życia, ale także dzięki nim na ekranie wyświetlana jest mini-mapa, pasek zdrowia lub… android w ogóle działa. Tak, za każdy z elementów odpowiedzialny jest osobny czip, a ich dezaktywacja oznacza, że nie zobaczymy np. wspomnianej mapy czy punktów doświadczenia, jakie zdobywamy za pokonywanie przeciwników. Wyjęcie zaś czipa odpowiedzialnego za system oznacza wyłączenie androida i… koniec gry. Serio.

Rozgrywka jest naprawdę spójna, sterowanie responsywne, a najbardziej spodobało mi się to, że twórcy potrafili mnie po prostu zaskoczyć, i to nie tylko przy pierwszym przechodzeniu. A tu nagle z widoku 3D kamera przechodziła w widok izometryczny niczym z Contry, a tu podczas jednego z zadań pobocznych musiałem rozwiązać zagadkę logiczną polegają na odpowiednim przesunięciu skrzyń, aby odblokować drogę do celu, a tu musiałem ścigać się z nieco oszukującym robotem, a tu mogłem pojeździć na grzbiecie napotkanego jelenia lub… połowić ryby, których jest – tak swoją drogą – kilkadziesiąt rodzajów. Nie tylko więc historia stoi na naprawdę wysokim poziomie, ale także rozgrywka, a podjęcie współpracy z Platinum Games przy tworzeniu nowego NieRa było strzałem w dziesiątkę.

Trzecim aspektem, który w Automacie jest fenomenalny, jest ścieżka dźwiękowa. Utwory lecące w tle to coś pięknego i na długo zapadają w pamięć. Utwory są wolniejsze i szybsze i świetnie wpasowują się do wydarzeń, które widzimy na ekranie. Naprawdę ciężko opisać słowami te instrumentalne brzmienia połączone z japońskim wokalem, dlatego najlepiej będzie, jeśli sami je posłuchanie – nawet na YouTubie. Są to jedne z najlepszych kawałków, jakie kiedykolwiek słyszałem w grach wideo, a dowodem na to niech będzie fakt, że w momencie pisania tych słów, kilkanaście dni po splatynowaniu tytułu, cały czas słyszę niektóre z utworów w głowie. Najgorszym elementem nowego NieRa jest za to oprawa graficzna – oprawa sama w sobie nie wygląda źle, ale w porównaniu chociażby z ostatnio wydanym Horizonem jest to przynajmniej niższa liga. Animacje są w porządku, ale za to niektóre z tekstur przypominają poprzednią generację, elementy otoczenia się powtarzają, a przeciwnicy nie cechują się szczegółowością. Ponadto świat, choć różnorodny – oprócz zniszczonego miasta odwiedzamy pustynię, las czy zamek – wydawać się może nieco pusty, co irytuje przede wszystkim zanim odblokujemy możliwość szybkiej podróży, a niektóre zadania poboczne każą nam biegać z jednej strony mapy na drugą, żeby zanieść jakąś wiadomość, a następnie wrócić do swojego zleceniodawcy. Graficzne niedogodności są przykrywane w dużej mierze przez dość szarawą kolorystykę, ale ona sama w sobie nie jest wadą, a wręcz potęguje przygnębiający klimat świata gry.

W grze brakuje jako takiego trybu sieciowego, choć grając z aktywnym połączeniem z internetem co jakiś czas można natknąć się na ciała innych graczy, którzy w danej lokacji polegli. Z ich ciała można „skorzystać” w dwojaki sposób – albo ożywić je i zyskać tym samym chwilowego sojusznika lub wchłonąć je zyskując na moment pewne bonusy do statystyk.

Podsumowanie

NieR Automata to taka perełka wśród tegorocznych, wiosennych premier. Tytuł cechuje się wzruszającą historią, dynamiczną rozgrywką i piękną ścieżką dźwiękową. Tak naprawdę w nowego NieRa trzeba zagrać dla każdego z tego elementu z osobna, które razem tworzą tytuł, jaki każdy fan gatunku akcji i slasherów powinien sprawdzić nawet, jeśli do tej pory nie przepadał za japońszczyzną, której tak naprawdę w grze praktycznie nie widać i jest ona stworzona raczej w zachodnim stylu, oczywiście z widocznym dotykiem niesamowicie utalentowanego Yoko Taro. Smutno mi, że przygoda z 2B i 9S dobiegła końca i nie pozostaje mi nic innego, jak ograć pierwszego, nieco pominiętego NieRa, oraz wyczekiwać kolejnej odsłony.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Okami HD