Recenzja „Nioh 2”

Pierwszy Nioh to bezapelacyjnie jedna z moich ulubionych gier 2017 roku i to na dodatek reprezentująca wymagający gatunek „souls-like”. Jednak zamiast rycerskich zbroi, twórcy z Team Ninja postawili na nieco inne klimaty feudalnej Japonii łącząc historyczne wydarzenia z tymi fikcyjnymi – wszak nie spodziewam się by w XVII wieku w Kraju Kwitnącej Wiśni spotkać można było całą gamę demonów. A w Nioh można i do tego trzeba się z nimi zmierzyć w naprawdę emocjonujących starciach.

Nioh 2 to jednak nie do końca sequel, a prequel pierwowzoru. Wydarzenia przedstawione w produkcji rozpoczynają się około stu lat przed tymi, w których uczestniczyliśmy w części pierwszej. Tym razem nie wcielamy się w Williama, który wtedy się jeszcze nie urodził, a w Hide – bohatera, którego możemy w pełni skustomizować, także po względem płci. Jest to najemnik wynajęty do walki z yokai, wspomnianymi demonami wszelkiej maści pałętającymi się tu i ówdzie. To, co łączy Hide z jego adwersarzami to fakt, iż bohater sam jest w połowie yokai, co pozwala mu korzystać z szeregu unikalnych umiejętności i zdecydowanie zwiększa jego siłę i możliwości. Początkowo ma jednak problem z wykorzystywaniem swojego „daru”, ale z pomocą przychodzi mu Tokichiro, wesołkowaty, obwoźny sprzedawca handlujący Kamieniami Dusz, które pozwalają okiełznać drzemiące w protagoniście moce. Następnie wyruszają oni razem w podróż by dalej walczyć ze złem, a przy okazji sprzedać cenny towar będący w posiadaniu Tokichiro. Para, po drodze, spotka jeszcze innych towarzyszy, a także wielu oponentów, także takich ludzkich, i weźmie udział w wielu wielkopomnych wydarzeniach, w tym bitwach. Jako że fabularnie oba Niohy są luźno powiązane, twórcy zadbali także powrót kilku znajomych twarzy, oczywiście, w nieco młodszych swoich wersjach. Fabuła jednak, jak w grach z tego gatunku bywa, odgrywa drugoplanową rolę i najważniejsza jest rozgrywka. Trzeba jednak oddać twórcom, że przyłożyli się do wplecenia w historię zdarzeń historycznych, a scenki przerywnikowe zrealizowane są bardzo dobrze i ogląda się je z większym zainteresowaniem niż w części pierwszej.

W zakresie rozgrywki twórcy nie zdecydowali się na ryzyko i w zasadzie nie tylko w Nioh 2 gra się tak samo jak w jedynkę, ale tytuł również wygląda identycznie. Czy to dobrze, czy to źle – trudno tak naprawdę powiedzieć, ja z przyjemnością po trzech latach od premiery części pierwszej ponownie chwyciłem za samurajski miecz i zawalczyłem z kolejnymi setkami wrogów. To, co wyróżnia Nioh to szybkość rozgrywki, tutaj naprawdę walka jest bardzo dynamiczna i wymaga od nas sporo refleksu i umiejętności oraz, co chyba jasne, nie wybacza błędów. Do wyboru mamy kilka rodzajów broni – lżejsze, jak katany, siekierki, kusarigamę czy tonfy oraz cięższe, jak topór, odachi lub glewię. Jak więc widzicie, są też nowe rodzaje oreżą – siekierki mówią same za siebie, zaś glewia to potężna kosa, najlepiej sprawdzająca się wykorzystywana łącznie z magią onmyo, gdzie również znajdziemy kilka rodzajów nowych zaklęć. Powracają też narzędzia ninjutsu, bez których prawdziwy ninja nie może się obejść – shurikeny, bomby czy zatrute noże. Każdy więc znajdzie coś dla siebie, a taka różnorodność pozwala na zbudowanie takiej postaci, jaka pasuje do naszego stylu rozgrywki. Nie można zapomnieć naturalnie o trzech różnych postawach – wysokiej, średniej i niskiej, które można zmieniać w locie, raz zadając powolne ciosy, ale silne, innym razem szybko machając orężem, ale słabo bijąc.

Awans odbywa się dwutorowo – z jednej strony rozwijamy statystyki naszego bohatera wydając w tym celu amritę w chramach (tutejszych ogniskach), pozyskiwaną z pokonanych przeciwników, z drugiej rozwijamy broń po prostu się nią posługując, a następnie, za zdobyte punkty, wykupując poszczególne zdolności w kilku drzewkach. Samo opanowanie walki z pewnością zajmie trochę czasu, ale kiedy wpadniemy w odpowiedni rytm to możemy wykonywać naprawdę złożone kombinacje, oczywiście zwracając uwagę na to, by za szybko nie skończył nam się pasek staminy. W Nioh 2, pod nim, znajdziemy nowy pasek – animy, który decyduje o tym czy możemy korzystać ze zdolności yokai. Te zdobywamy wraz z postępem w rozgrywce, z dusz pokonanych wrogów, i odwzorowują one najbardziej charakterystyczny atak danego przeciwnika czy bossa oraz dają kilka bonusów do statystyk. Nie zabrakło także duchów opiekuńczych, jednak tym razem nie tylko czasowo ulepszamy swój oręż, ale całego siebie. W zasadzie przemieniamy się w yokai i przez chwilę jesteśmy w stanie zadawać naprawdę srogie obrażenia. Bardzo istotną – i nieraz ratującą życie – umiejętnością jest tak zwana „kontra rozprysków”, czyli swoista kontra, którą aktywujemy wtedy, kiedy nad przeciwnikiem pojawia się czerwona poświata. Jeśli źle wyczujemy moment to z kolei przeciwnik, najczęściej boss, zada nam naprawdę… srogie obrażenia. Powtórzę więc, jeśli chodzi o walkę, opcji jest naprawdę sporo, jednak cały system jest bardzo dobrze przemyślany i intuicyjny i czym dalej, tym lepiej.

Podobnie jak w pierwszym Nioh, scenariusz podzielony jest na kilka map, na których znajdziemy zarówno misje główne i poboczne. Te pierwsze są długie, plansze złożone, a na końcu – po pokonaniu pomniejszych wrogów i przetrwaniu przygotowanych dla nas pułapek i otwarciu skrótów – czeka na nas starcie z bossem, będącym albo potężnym, unikalnym yokai albo ludzkim samurajem czy wojownikiem. Kilku z szefów na bardzo fajny design i pomysł na siebie, kilku jest mniej wyrazistych, ale na pewno każdy z nim może dać w kość. Tak samo, jak mniejsi yokai, pełniący funkcję mini-bossów, choć ci się powtarzają i po poznaniu ich zachowań nie sprawiają większych problemów. Najbardziej upierdliwym jest chyba Gaki, mały i niepozorny, przy okazji strasznie brzydki, a jednym szybkim ruchem potrafi wgryźć się nam w tętnicę i momentalnie urosnąć do niebotycznych rozmiarów, zyskując przy tym znacznie na sile… Zadania dodatkowe są znacznie krótsze i toczą się głównie na fragmencie planszy z misji głównej, czasem lekko zmodyfikowanej, a i zdarzają się zrecyklingowane poziomy z części pierwszej. Ale nie będę się czepiał, bo w zasadzie należy to potraktować jako puszczenie oczka w stronę fanów jedynki. Natomiast Nioh 2 powiela dwie największe bolączki poprzednika – lekką schematyczność w dalszym etapie gry, właśnie, jeśli chodzi o poziomy, jak i przeciwników, a także masowo wypadające przedmioty, jak bronie, elementy pancerza czy inne rzeczy, których jest na tyle dużo, że co jakiś czas trzeba kilka minut poświęcić sprzątaniu naszego inwentarza. Powoduje to, że nie ma się poczucia, że znajdujemy jakiś warty uwagi przedmiot, poza tym nie wiadomo, co tak naprawdę tej uwagi jest warte. Co prawda w opcjach gry można ustawić sobie, żeby podnosić wyłącznie przedmioty o odpowiedniej klasie rzadkości, ale jednak nie rozwiązuje to problemu do końca.

Na mapie dostępne jest także kilka innych opcji, jak dojo, gdzie rozwinąć możemy nasze zaawansowanie w posługiwaniu się bronią, skorzystać z usług kowalskich czy połączyć się z innym graczem, by pomóc mu w przejściu planszy. W trakcie przechodzenia solo, będąc połączonym do sieci, możemy z kolei skorzystać z pomocy ducha innego gracza, który to zaoferował lub zetrzeć się z takim duchem, jeśli ktoś w danym miejscu poległ – czyli rozwiązanie znane doskonale graczom choćby z serii Souls.

Od strony graficznej, jak już wspomniałem, jest w zasadzie identycznie, jak trzy lata temu. Nie oznacza to jednak, że jest źle – gra może nie powoduje opadu szczęki, ale design lokacji jest ciekawy, odwiedzamy zarówno japońskie pałace, rezydencje, jak i lasy czy jaskinie. Faktem jest, iż sporo lokacji jest ciemnych, co pozwala ukryć twórcom niektóre szczegóły, ale naprawdę – w tej grze to satysfakcjonująca rozgrywka jest najważniejsza i nie ma za bardzo czasu na rozglądanie się. Świetny jest natomiast soundtrack, którego słucha się z przyjemnością. Wydawca zadbał także o rodzimą lokalizację gry, kinową, którą wykonano na naprawdę dobrym poziomie, jak to na Sony zresztą przystało.

Podsumowanie

Nie wiem, jak to się stało, ale na kikoo gdzieś „zagubiła się” recenzja pierwszego Nioha. Co się jednak odwlecze to nie uciecze, bo pisząc o Nioh 2 jest trochę tak, jakbym jednocześnie oceniał także pierwszą część. Obie gry bowiem są w zasadzie identyczne, z pewnymi zmianami na korzyść tegorocznego prequela, ale szybkość rozgrywki i satysfakcja z niej płynąca to cały czas ten sam, bardzo wysoki poziom. Jednak wszystko może się przejeść, nawet coś bardzo dobrego, dlatego liczyłbym, że w ewentualnej, trzeciej części, już na nowej generacji konsol, Team Ninja zdecyduje się na podjęcie bardziej odważnych decyzji – przywoływane już tu Dark Soulsy wszak, choć gameplayowo podobne, różnią się pomiędzy kolejnymi częściami, zachowując jednocześnie bardzo wysoki poziom. Nie ma co ukrywać, że japoński deweloper poszedł trochę na łatwiznę, bo Nioh 2 to tak naprawdę baaaaaardzo duże rozszerzenie do pierwowzoru, ale wybaczam to, bo bawiłem się naprawdę świetnie, czego najlepszym dowodem jest ogranie ponad 100 godzin. Wyżej oceny jednak niż szkolne „5” nie mogę dać.

SERDECZNIE DZIĘKUJEMY PLAYSTATION POLSKA (SCEP) ZA MOŻLIWOŚĆ ZRECENZOWANIA TYTUŁU!

Zostaw komentarz

Na tapecie
The Last of Us: Part II