Recenzja „Quantum of Solace”

Ludzkość podzielona jest na kilka typów. Pierwszy to ten który przedstawia się najpierw imieniem, a potem nazwiskiem. Drugi przedstawia się najpierw nazwiskiem, a potem imieniem. Kolejny tylko imieniem, następny tylko nazwiskiem. Ostatni natomiast mówi pierwsze nazwisko, a następnie imię i nazwisko. Kojarzycie kto to taki? „My name is Bond, James Bond”. I wszystko jasne.

Filmów z brytyjskim agentem w roli głównej było mnóstwo, gier wcale nie mniej. Najsłynniejszą jest oczywiście Golden Eye, kamień milowy w gatunku konsolowych FPS’ów. Mało kto wierzył, że Quantum Of Solace dorówna legendzie. Już teraz napiszę, że nie dorównał, jednak najnowsza odsłona Bonda to świetny film i dobry kawałek kodu.

Elektroniczna odsłona nie jest pełna adaptacją obrazu kinowego. Historia miesza różne wątki z ostatnich dwóch ekranizacji w których wystąpił Daniel Craig. Oczywiście nie napisze o niej, ani słowa, ale zatrzymam się na chwilę przy głównym bohaterze. Otóż ten przystojny aktor (tak mówi moja żona, ale co ona może tam wiedzieć) w pełni użyczył swojego wizerunku na potrzeby gry. Widać to od razu i powiem szczerze, że bardzo mi to przypasowało. Facet wygląda, jak wyjęty z ekranu i świetnie wpływa na klimat gry. Nie to co w konkurencyjnym Bournie. Trochę brakuje klimatu znanego z filmów, chyba, że mówimy o wcześniejszych produkcjach, gdzie 007 szalał z pukawkami i gadżetami, jak nawiedzony. Chociaż tutaj też nie jest do końca tak, jak być powinno. Brakuje jazdy Aston Martinem, brakuje znanych chyba bardziej niż wynalazki Batmana, gadżetów których używa superagent. Mniejsza z tym, lecimy dalej.

Gra jest połączeniem FPS’a z elementami TPP. Normalnie ładujemy kilogramy ołowiu w bandziorów, jak w typowej strzelance z pierwszej osoby. Jednak, gdy przyczaimy się za jakimś murkiem, akcja wychodzi z oczu Jamesa i widzimy całą jego postać. Cover system, jest żywcem zerznięty z Gears Of War. Jest jednak bardzo niedopracowany. Nawet nie wiem ile razy zdarzyło mi się przykleić do ściany, od której nie mogłem się później oderwać. Z racji, że grałem na poziomie 007, bywało to strasznie frustrujące, bo co chwilę ginąłem nie ze swojej winy. Właśnie, przeciwnicy na niższych poziomach trudności są słabi i strasznie głupi, więc warto grać tylko na najwyższym. Od razu ujawnia się potencjał tkwiący w SI. Chłopaki chowają się za osłonami i stamtąd prowadzą ostrzał. Flankują, kombinują, ogólnie jest w porządku.

W akcję fajnie wkomponowano QTE. Podbiegamy do złego Pana, wciskamy prawy analog i odpala się krótka sekwencja przycisków, jakie musimy wdusić, żeby nasza akcja się powiodła. Fajny, miły, widowiskowy przerywnik od ciągłego strzelania. Jeśli jesteś fanem Metal Gear Solid, to w QOS również znajdziesz delikatne momenty w których wypada się trochę poskradać. Nie jest to ta sama klasa, co przygody Snake’a, ale czasem musimy się przyczaić przed kamerami, żeby nie zaalarmować zbirów, którzy w momencie zrobią z nas szaszłyk. Można powiedzieć, że jest to dość zróżnicowany FPS, który jednak mocno trzyma się swoich korzeni. Nie ma mowy o żadnej rewolucji, ale nudą nie powinno powiać.

Zestaw broni… nie jest dobrze. Niestety, tak jak wspomniałem gdzieś wcześniej, mocno brakuje zabawek naszego agenta. To z czego od zawsze słynął Bond nie znalazło swojego odzwierciedlenia w grze. Wszem można powiedzieć, że w kinie też nie ma ich tyle co dawniej, ale jednak jest to gra i można było popuścić wodze fantazji, szkoda. Całkiem fajnie natomiast prezentuje się arsenał karabinków, pistolecików, itd.. Zazwyczaj startujemy z klasycznym Walterem, by po chwili dzierżyć przy sobie dodatkowego gnata i karabin/granatnik/bazookę, etc.. Wybór jest spory i każdy znajdzie swoja ulubioną zabawkę. Za pazuchą nie można mieć nie wiadomo ile żelastwa, tylko dwa pistolety i jeden cięższy sprzęt. To w sumie wystarcza. Amunicji nie brakuje, przeciwników też nie, więc nic się nie zmarnuje.

Multiplayer jest niezły. Trybów zabawy mamy kilka. Najlepszy jest ten w którym jeden gracz wciela się w super agenta Jamesa Bonda, a pozostali w terrorystów. Zabawa polega na tym, że kierując 007 musimy rozbroić dwa ładunki wybuchowe, albo zabić wszystkich przeciwników. Wydaje się to dość trudne, ponieważ ty jesteś sam, a ich kilku. Jednak agent z Wielkiej Brytanii, jest szybszy, wytrzymalszy i ma do dyspozycji dwa życia. Chociaż, jeśli przeciwna ekipa będzie dobrze współpracować to kierując Bondem nie mamy szans. Ciekawie wygląda też zabawa w eskortowanie agenta Jej Królewskiej Mości. Oprócz tych trybów są standardowe rzeczy typu Deatchmatch. Każdy, kto wcześniej grał w Call Of Duty 4 poczuje się, jak u siebie w domu. Jest to ten sam sprawdzony system, więc to musiało się udać.

Podobno gra śmiga na silniku COD4. W ogóle tego nie widać. O ile tamta produkcja do tej pory prezentuje się fenomenalnie, tak ta co najwyżej przeciętnie. Postacie są jakieś takie „kwadratowe”, do tego są mało zróżnicowani, większość to klony. Ich animacja wypada znacznie lepiej. Ładnie wyglądają fikołki, czy rzuty „na panterkę”. Otoczenie zaprojektowano tak, żeby nie straszyło, a zarazem żeby nie zachwycało. Jest nudno, a jedyny fajny level to ten w Wenecji. Dobre wrażenie robi jeszcze efekt „naćpanego” w jednej z końcowych misji. Wybuchy wyglądają nie ciekawie, a oświetlenie to jakaś kpina. Wystarczy zerknąć na cień naszego bohatera, by zmniejszyć przyjemność obcowania z tym kawałkiem kodu.

Oprawa audio zasługuje za to na duże brawa. W sumie to nie mogło być inaczej, w końcu przewodni motyw muzyczny znają chyba wszyscy, a większość go uwielbia. Reszta muzyczki też jest doskonała, świetnie buduje napięcie, a zarazem dostarcza nam informacji, że jeszcze nie jesteśmy bezpieczni. Dopiero, gdy ucichnie, możemy wyjść zza osłony i wesoło biegnąć przed siebie. Reszta dźwięków również stoi na wysokim poziomie i nie ma się do czego przyczepić. W tej kwestii jest miodzio.

Jak zatem wypada najnowszy James Bond w ogólnym rozrachunku? Nie jest źle. Gra się całkiem przyjemnie, akcja jest wartka, ciągle coś się dzieje. Singla można skończyć w około osiem godzin (na niższych poziomach trudności podejrzewam, że ze dwie godziny krócej), jednak multi wynagradza to w pełni. Grafika jest średnia na jeża, a dźwięk świetny. I tak to właśnie wygląda. W jednej kwestii gra jest dobra, a w innej kuleje i tak w kółko. Powiem to tak, na razie nie ma sensu inwestować w tą szpile ciężko zarobionych pieniędzy. Jednak, gdy już ograsz te wszystkie gorące tytuły, to możesz sprawdzić ten tytuł, bo jest całkiem przyzwoity.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Dragon Ball Z: Kakarot