Recenzja „Ratchet & Clank: Rift Apart”

Trudno w to uwierzyć, ale na powrót Ratcheta i Clanka, czyli dwójki kosmicznych bohaterów od Insomniac Games, a jednocześnie ikonicznych postaci konsol Sony, czekać musieliśmy aż 8 lat. Co prawda, w 2016 roku lombaks i robot zawitali na PS4, ale wyłącznie w formie remake’u pierwszej odsłony serii. Tym razem, na starcie nowej generacji, możemy przeżyć nowe przygody tego duetu, a w zasadzie… trio, bo do Ratcheta i Clanka dołącza Rivet, będąca protagonistką z innego wymiaru.

I to dosłownie, bo Rift Apart w dużej mierze opiera się na międzywymiarowej podróży. Podczas przedpremierowej kampanii marketingowej, na kwestię skoków między wymiarami, kiedy w ułamku sekundy zmienia się całkowicie otaczający nas krajobraz, postawiony był główny nacisk, mający przy okazji ukazywać możliwości PS5 oraz dysku SSD konsoli. I rzeczywiście, Ratchet i spółka przeskakują między wymiarami bardzo płynnie, w zasadzie w mgnieniu oka, a przy okazji oferują wszystko to, za co pokochaliśmy tę serię – wysublimowany humor i nieskrępowaną rozwałkę.

W tę rozwałkę jednak bohaterowie wpakowali się na własne życzenie, przynajmniej po części. Clank bowiem, pragnąć spełnić marzenie swojego przyjaciela Ratcheta, stworzył dla niego Wymiaromat, czyli urządzenie – tak, tak, zgadliście – do podróży międzywymiarowej. Chciał w ten sposób pomóc swojemu partnerowi w odnalezieniu innych lombaksów. Niestety, w trakcie kolorowej parady, zorganizowanej na cześć pary bohaterów, pojawia się złowieszczy antagonista – Dr Nefarious, który wykrada urządzenie i przez jego nieumiejętne użycie powoduje „rozszczelnienie”, a nasi protagoniści lądują w innym wymiarze. Co ciekawe, wymiarze będącym lustrzanym odbiciem ich świata. W nim, dr. Nefarious nie jest nieudolnym rzezimieszkiem, a potężnym imperatorem, mającym pod sobą całą armię i uciskającym mieszkańców galaktyki. Ratchet i Clank, korzystając więc ze sposobności, przyłączają się do ruchu oporu, z jednej strony próbując zakończyć dyktaturę, z drugiej zaś szukając sposobu na odzyskanie Wymiaromatu i powrót do domu. Jak już się pewnie domyślacie, jedną z członkiń ruch jest nie kto inny, jak wspomniana wcześniej Rivet, czyli Ratchet „w spódnicy”.

Fabuła najnowszej produkcji Insomniaców nie jest więc może bardzo skomplikowana, ale losy bohaterów śledzi się z ciekawością. To też zasługa w dużej mierze samych postaci, które są charakterne i mają świetnie napisane dialogi, podszyte dodatkowo humorem. Po Ratchecie i Clanku wiadomo czego mogliśmy się spodziewać, natomiast po przejściu gry z pełną odpowiedzialnością mogę napisać, że Rivet nie odstaje od nich ani o krok i bardzo dobrze wkomponowała się w kosmiczny team. Poza tym, sam pomysł na fabułę spowodował, że znanych bohaterów możemy oglądać w całkowicie nowych odsłonach, a nie będzie chyba zbytnim spojlerem, jeśli napiszę, że nie tylko Nefarious otrzymał swoje alter ego.

Jednak clou tego całego międzywymiarowego zamieszania stanowi rozgrywka. Deweloper nie silił się w tym zakresie na wynalezienie koła na nowo. Ponownie dostajemy do swojej dyspozycji kilkadziesiąt wymyślnych pukawek, którymi masakrujemy napotkanych przeciwników rożnej maści – roboty, piratów czy większe egzemplarze w postaci bossów z długim paskiem zdrowia na górze ekranu. Są bronie nowe, ale także kilka już znanych z poprzednich odsłon. Do dyspozycji mamy więc pukawki wolniej i szybciej strzelające, wypluwające z siebie kilka rodzajów bomb czy rakiet, w końcu takie, którymi przyzywamy na odsiecz mniejszych pomagierów lub odwracamy uwagę oponentów. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby wroga zamrozić i rozbić na kawałki czy nieco go zrosić, zamieniając w roślinkę. Jasną sprawą jest, że nie od razu dysponujemy całym arsenałem, najpierw musimy go stopniowo wykupić u Pani Zurkon, płacąc zbieranymi non stop śrubkami. Do ulepszania pukawek używamy z kolei kryształów rarytanium, zwiększając pojemność magazynku czy szybkostrzelność, a przez częste używanie danego sprzętu zwiększamy jego poziom, co – w końcu – nadaje danej broni nowe, jeszcze bardziej destrukcyjne możliwości. Oprócz broni dystansowej, do naszej dyspozycji jest oczywiście klucz / młot, którymi możemy atakować wręcz.

W Rift Apart na zmianę wcielamy się w Ratcheta i Rivet. Ma to swoje uzasadnienie fabularne, bo już na samym początku gry bohaterowie się rozdzielają i odwiedzają różne planety. Co jednak istotniejsze, rozgrywka w obu przypadkach niczym się nie różni, a – co więcej – para dzieli między sobą zdobywane punkty doświadczenia, przedmioty, uzbrojenie i jego ulepszenia oraz gadżety. Innymi słowy, jeśli grając Ratchetem kupimy jakąś pukawkę, wcielając się w Rivet chwilę później jesteśmy już w jej posiadaniu. Takie rozwiązanie jest dobre, bo pozwala zachować dynamizm rozgrywki i bawić się tym, co leży nam w dłoniach najlepiej, bez niepotrzebnego dublowania dokonywanych zakupów. Szczególnie, że Ratchet i Rivet mają ten sam zestaw ruchów, więc rozdzielanie ich drzewek rozwoju byłoby po prostu bez sensu. Zarówno pan lombaks, jak i pani lombaksica skaczą, lewitują czy unikają ataków niczym w serii Dark Souls (dash). Ponadto, mają do dyspozycji wspomniane gadżety, odblokowywane wraz z postępem fabuły, które pozwalają im m. in. przyciągać się za pomocą liny do specjalnych zaczepów, na tej linie się huśtać, biegać po ścianach, sunąć po szynach lub bardzo szybko się poruszać, niczym na rolkach z dopalaczem. Najważniejszy gadżet to jednak ten, który pozwala na zabawę wymiarami. Na mapach rozlokowane są szczeliny, do których możemy się przyciągać, by momentalnie znaleźć się np. na drugim końcu pola bitwy i zaskoczyć przeciwników atakiem od tyłu; podobnie np. podczas spadania czy ślizgu, wskoczenie w szczelinę może uratować nas przez niechybną śmiercią. Ponadto, szczeliny wykorzystywane są w prostych zagadkach logicznych, kiedy musimy się wydostać z jakiegoś zamkniętego pomieszczenia. Jednak mimo wszystko, jest to tylko ciekawostka, a nie gameplayowa rewolucja. Przeskakiwanie między wymiarami odbywa się bowiem w obrębie fragmentu danego poziomu i nie mamy tu do czynienia z całkowitą zmianą środowiska, z małymi wyjątkami – podczas typowo skryptowanych akcji lub przerywników filmowych. Oddać należy twórcom jednak to, że rzeczywiście wszystko jest bardzo płynne i urozmaica rozgrywkę. Co więcej, niektóre ze szczelin pozwalają nam przenieść się do bonusowych plansz, gdzie do zdobycia czekają elementy pancerza, a na jednej z planet, uderzając w specjalne kryształy, możemy przenosić się w czasie, obserwując to, jak zniszczona obecnie planeta wyglądała w czasach swojej świetności.

Odwiedzane planety są liniowe lub mają konstrukcję półotwartą. Oprócz podążania do kolejnych celów misji, czasem warto zboczyć z kursu i nieco się rozejrzeć, by odkryć znajdźki, przede wszystkim w postaci złotych śrubek, dających pewne bonusy – jak chociażby możliwość zmiany filtra graficznego, koloru broni czy możliwość powiększenia Ratchetowi/Rivet… głowy. Jasnym jest, że w większości są to tylko upiększacze (choć nie tylko, bo kilka bonusów ma wymierny wpływ na rozgrywkę), ale zawsze fajnie widzieć grę w inny sposób niż standardowy. Co jakiś czas mamy możliwość pokierować także Clankiem w gierce logicznej, gdzie odpowiednio manewrując kulami o unikalnych właściwościach i wrzucając je w odpowiednie przełączniki, musimy przeprowadzić kopie robota do źródła. Końcowe etapy tej łamigłówki mogą sprawić drobne problemy, ale w tym względzie twórcy idą młodszym graczom na rękę i pozwalają ominąć dany fragment zagadki bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji. W grze nie mogło zabraknąć też areny, gdzie mierzymy się z kolejnymi falami przeciwników, w ściśle określonych warunkach – np. używając tylko danej broni. W końcu, na niektórych planetach możemy skorzystać z innych środków transportu, jak wielkiego, prehistorycznego ptaka, co na pewno urozmaica rozgrywkę.

Gra jest przepiękna. Pamiętam, jak już Ratcheta na PS3 porównywano do filmów Pixara i o ile wtedy było naprawdę blisko, tak Rift Apart wygląda rzeczywiście jak animowany film. Wystarczy zwrócić uwagę na dbałość o detale, przede wszystkim w modelach protagonistów, gdzie futro lombaksów składa się z pojedynczych włosków, czemu przyjrzeć się możemy dzięki trybowi fotograficznemu. Ładne fotki możemy robić również za sprawą szczegółowości otoczenia i jego różnorodności. Każda odwiedzana planeta jest inna, lądujemy zarówno w gęsto zaludnionym mieście, jak i na pustyni, w opuszczonej bazie skutej lodem czy w prehistorycznej dżungli. Jasne, zdarzają się nieco pustawe obszary, szczególnie na planetach z półotwartą strukturą, ale mimo to i tak chce się zajrzeć w każdy kąt. Z kwestii technicznych, do wyboru jest wyższa rozdzielczość (4K) kosztem rozdzielczości (30 zamiast 60 klatek). Nie zabrakło również ray tracingu. Przygrywająca muzyka jest bardzo dobra, tak samo jak polski dubbing – tłumaczenie wykonano zgodnie z duchem serii, a głosy dubbingujących aktorów pasują do odgrywanych przez nich postaci.

Podsumowanie

Jak ja się cieszę, że Ratchet i Clank wrócili, dokoptowując do drużyny Rivet! To naprawdę świetna platformowo-zręcznościowa seria, a Rift Apart tylko to potwierdza. Insomniac Games postanowili nie robić rewolucji, postawili na sprawdzone rozwiązania i w żadnym wypadku nie jest to przytyk, bo za lombaksem i robotem zdążyliśmy się po prostu stęsknić. Stęsknić za bezkompromisową rozwałką z wykorzystaniem wymyślnego arsenału, poczuciem humoru oraz kolorową grafiką. Co prawda, międzywymiarowe podróże, choć stanowią główną oś fabularną, w rozgrywce nie mają aż takiego znaczenia, ale i tak stanowią miłe urozmaicenie. Jeśli macie PS5, kolejna kosmiczna podróż po prostu nie może was ominąć, niezależnie od wieku!

SERDECZNIE DZIĘKUJEMY PLAYSTATION POLSKA (SCEP) ZA MOŻLIWOŚĆ ZRECENZOWANIA TYTUŁU!

Zostaw komentarz