Recenzja „Ratchet & Clank: Załoga Q”

Na Playstation 3 pojawiło się już kilka gier z Ratchetem i Clankiem w roli głównej – dwójką bohaterów, których kosmiczna przygoda rozpoczęła się jeszcze na poprzedniej generacji. Większość tytułów to platformówki, w których przemierzamy kolejne planety i za pomocą bogatego i zwariowanego arsenału eksterminujemy napotkanych przeciwników. Najnowsza odsłona serii – recenzowana Załoga Q – oczywiście powiela ten schemat, wprowadzając jednak jeden, bardzo istotny element: obronę bazy. Zaznaczę też, że nie jest to tytuł tak rozbudowany jak poprzednie odsłony serii i ukończyć go można praktycznie w jeden wieczór – na szczęście cena jest adekwatna, a grę można spokojnie zakupić za mniej niż sto złotych.

Zabawa ma nieskomplikowane podłoże fabularne. Pewien sfrustrowany chłopak, niegdyś wielki fan Kapitana Qwarka, postanowił trochę namieszać w galaktyce i zaatakować kilka planet, uprzednio dezaktywując system obrony. Ratchet, Clank oraz wspomniany Kapitan Qwark nie mogą puścić tego płazem i wyruszają na ratunek. Sukces zagwarantuje zaliczenie pięciu misji (na trzech planetach), każda oparta jest na podobnym schemacie – naszym zdaniem jest obrona bazy połączona z eksploracją poziomu w celu ponownej aktywacji systemów obronnych. Świat gry jest więc otwarty, choć niezbyt rozbudowany – plansze są małe, choć kryją kilka sekretów i ukrytych korytarzy.

Jeśli graliście w poprzednie części przygód Ratcheta, model rozgrywki Was nie zaskoczy. Do poruszania używamy specjalnych butów grawitacyjnych, dysponujemy też sporym arsenałem, który wraz z częstotliwością używania zwiększa swoją moc. Różnica polega na tym, że każdy z poziomów jest jakby odseparowany od reszty, co przekłada się na to, że pukawki znalezione w jednym nie przechodzą do kolejnego, choć ich zwiększona moc utrzymuje się przez całą grę. Największą jednak zmianą jest obrona bazy, która stanowi tak naprawdę kręgosłup rozgrywki Załogi Q. Co jakiś czas, podczas zwykłej eksploracji czy wykonywania zadań, wrogowie atakują bazę, chcąc zniszczyć znajdujące się w niej generatory – jeśli im się to uda, misja kończy się niepowodzeniem. Sposoby obrony są dwa – można albo wrócić do bazy i własnoręcznie odpierać atak kosmicznych kreatur albo rozbudować system obrony, który wykona robotę za nas. To niestety tylko teoria, bo w rzeczywistości środki (czyli popularne śrubki) do zbudowania naprawdę solidnych wyrzutni czy barier zdobywa się pod koniec każdej z misji, kiedy i tak musimy odpierać ostateczne natarcie. Sprowadza się to do tego, że kiedy usłyszymy alarm, praktycznie zawsze najlepiej przedostać się do bazy i nafaszerować przeciwników ołowiem. Na początku może jest to zabawne, ale z czasem zaczyna trochę nużyć. Na szczęście autorzy porozmieszczali gdzieniegdzie punkty teleportacyjne, umożliwiające szybszy powrót.

Nieco inaczej wygląda to wszystko, kiedy gramy z kompanem, czy tym kanapowym czy przez sieć. Wtedy można podzielić się obowiązkami – np. jeden chroni bazy, drugi eksploruje. Gra wtedy nabiera nieco innego wymiaru i – prawdę mówiąc – o wiele przyjemniej jest grać z kimś niż samemu, i chyba właśnie tym kierowali się twórcy. Nie twierdzę, że męczyłem się grając w najnowszego Ratcheta w pojedynkę, ale fun z drugą osobą jest po prostu większy. Będąc przy trybie sieciowym, wspomnę jeszcze, że można nie tylko współpracować, ale również konkurować.

Wracając jeszcze na chwilę do zawartości rozgrywki. Seria przyzwyczaiła nas do tego, że oferuje całą gamę zwariowanych pukawek i nie inaczej jest tym razem – mamy więc blaster czy miotacz płomieni, ale również kulę dyskotekową zmuszająca przeciwników do tańczenia czy Pana Zurkona, małego robocika, który pomaga nam w rozwałce. Oczywiście, nie zabrakło również nieśmiertelnego klucza francuskiego. Nowością są systemy obrony i w tym przypadku też jest w czym wybierać – różne rodzaje wyrzutni rakiet, bomby lub zapory energetyczne. Te wszystkie zabawki służą do odbierania żywota wszelkiej maści kreaturom – małym, nieuzbrojonym robakom, większym, wyposażonym w broń ciężką czy ładunki wybuchowe, a także maszynom pokroju pancernego czołgu lub maszyny latającej. Przez całą rozgrywkę trafiamy też na jednego bossa z krwi i kości, pomijając pomniejszych przeciwników wyposażonych w pasek zdrowia. Co warte podkreślenia, gra potrafi być miejscami wymagająca dla samotnego gracza, bowiem wraz z kolejnymi etapami przeciwników jest coraz więcej i są coraz lepiej uzbrojeni. W dwójkę jest już łatwiej. Oprócz samej walki, jest też naturalnie kilka elementów platformowych, ale są one w mniejszości – liczy się przede wszystkim używanie broni.

Od strony graficznej seria – można powiedzieć – że stoi w miejscu. Jest ładnie, plastycznie i kolorowo, ale poprawy, choćby w stosunku do wydanego w 2011 roku All 4 One, nie ma. Ścieżka dźwiękowa również utrzymuje niezły poziom. Poczucie humoru nie opuszcza bohaterów, przez co od czasu do czasu można uśmiechnąć się w kierunku telewizora. Załoga Q to też kolejny Ratchet, w którym uświadczymy polskiego dubbingu – Malajkat czy Kryszak ponownie sprawdzili się w swoich rolach doskonale.

Podsumowanie

Podsumowanie zacznę od podkreślenia, iż Załoga Q to tytuł wydany na dziesięciolecie serii i właśnie w takich kategoriach powinniśmy ją traktować – nie jako stuprocentowa kontynuacja przygód Ratcheta, a właśnie gest studia Insomniac w stronę fanów. Najnowsza odsłona nie jest słaba, ukończyłem ją bez grymasu na twarzy (a wielkim fanem serii nie jestem, ale ją lubię) i bawiłem się naprawdę nieźle, ale niestety bardzo krótko, a i ciągłe powroty do bazy zaczęły z czasem nużyć. Miejmy jednak nadzieję, że Ratchet jeszcze powróci w pełnej krasie i nas czymś zaskoczy… ale to pewnie już na Playstation 4.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Final Fantasy VII Remake