Recenzja „Red Dead Redemption 2”

Rockstar Games długo każe nam czekać na swoje gry. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, ale ostatnią grą wyprodukowaną przez studio było Grand Theft Auto V, które swoją premierę, jeszcze na konsoli PlayStation 3, miało we wrześniu 2013 roku. Oczywiste, iż w międzyczasie na rynku ukazał się remaster piątki oraz że cały czas rozwijano GTA Online, jednakże nie zmienia to faktu, że na całkowicie nową produkcję musieliśmy czekać ponad pięć lat. Czekać jednak było warto, bo takiego Dzikiego Zachodu jeszcze nie widzieliśmy.

Nie powinno być to co prawda zaskoczeniem, bo Gwiazdy Rocka słyną z tego, że ich piaskownice, światy, które kreują, są tak dopracowane, jak tylko się da – wspomniane GTA V, a wcześniej Red Dead Redemption, inne gry z serii Grand Theft Auto czy nawet szkolne Bully – znane w Europie, jako Canis Canem Edit – mogły poszczycić się wysoką jakością wykonania. Mam jednak wrażenie, że przy okazji RDR 2 granica została jeszcze trochę przesunięta, a gra jest sandboksem, którego trudno porównywać do jakiegokolwiek innego, gdyż byłoby to dla nich po prostu niesprawiedliwe. Piszę tu przede wszystkim o immersji, jaką odczuwamy podczas przygody, twórcom udało się stworzyć wrażenie, jakby gracz osobiście przemierzał zachodnie stany Stanów Zjednoczonych z przełomu XIX i XX wieku, co jest zasługą nie tylko przywiązania do najdrobniejszych graficznych detali, ale również przemyślanej w każdym celu rozgrywki oraz świetnie napisanych postaci, z którymi przychodzi nam obcować.

Część z tych postaci, jeżeli graliście w pierwsze Red Dead Redemption, na pewno kojarzycie. John Marston, Dutch van der Linde, Javier Escuella – jak skończyli, wszyscy wiemy, ale tutaj powracają nie za sprawą reinkarnacji, a za sprawą tego, że gra jest prequelem części pierwszej, którego akcja została usytuowana dwanaście lat wcześniej. Taka decyzja nie dziwi, bo nawet abstrahując od tego, jak potoczyły się losy protagonisty i antagonistów z jedynki, przedstawiała ona zmierzch Dzikiego Zachodu, który ustępował szerzącej się industrializacji i po prostu trudno byłoby uczynić z ewentualnej kontynuacji grę o Dzikim Zachodzie, kiedy jako takiego już po prostu nie było. Dlatego też cofamy się nieco w przeszłość, do 1899 roku, wcielając się w skórę Arthura Morgana, członka gangu var der Lindego i jednocześnie jego prawą rękę, niezastąpionego kompana i po prostu przyjaciela. Żebyście jednak nie zrozumieli mnie źle, choć faktyczny zmierzch Dzikiego Zachodu nastąpi rzeczywiście kilkanaście lat później, już pod koniec XIX wieku nie było tak kolorowo, ostatni Indianie egzystowali w rezerwatach, zaś wszelkie występki były bezwzględnie ścigane, a ich sprawcy kończyli za kratami lub po prostu na szafocie. Widmo takiego losu spowiło również nasz gang, który po nieudanym skoku w Blackwater musiał naprędce uciekać, porzucając wszystkie zrabowane dobra, i ukrywać się wysoko w mroźnych, zaśnieżonych górach. I właśnie w tak beznadziejnym położeniu przejmujemy kontrolę nad bohaterem, który w pierwszej kolejności musi zapewnić bezpieczeństwo wszystkim pobratymcom, w tym także kobietom i dzieciom, a dopiero potem zacząć zastanawiać się co dalej…

Opowieść jest fantastyczna. Scenarzyści serwują nam pełną gamę emocji i to nie przez kilka momentów, a praktycznie w trakcie całego, trwającego 60 godzin wątku głównego. Fabuła w Red Dead Redemption 2 zmusza do głębokich przemyśleń, poruszając trudne tematy lojalności, płynnej granicy między dobrem a złem czy wręcz sensu życia i tego, co jest w nim tak naprawdę ważne. Zdaję sobie sprawę, że brzmieć to może patetycznie, ale piszę o tym by uświadomić was, że fabuła jest naprawdę dojrzała i po prostu warta poznania. Naturalnie, nie zabrakło w niej momentów mniej poważnych, z wyraźnymi przerysowaniami w stylu Rockstara, ale wszystko to współgra ze sobą znakomicie. Podkreślić trzeba również, że choć trzon opowieści stanowią perypetie gangu van der Lindego, jego wzloty i upadki, to w trakcie podróży po świecie natknąć się można na kilkadziesiąt misji dodatkowych, którym oczywiście nie trzeba poświęcać uwagi, ale aż żal tego nie robić. Historie w nich poruszone nie raz są bardzo rozbudowane i niosą ze sobą przesłanie, które z pewnością warto poznać, innym razem po prostu wywołują uśmiech na twarzy. Pomagamy chociażby dawnej miłości Arthura uporać się z jej rodzinnymi problemami, przyczyniamy się do wynalezienia krzesła elektrycznego czy wspieramy misyjną działalność kościoła, przy okazji oczywiście łamiąc wszystkie jego przykazania. To oczywiście jedynie przykłady, z pewnością warto poznać wszystkie, chociażby dla ich niekonwencjonalnych zakończeń.

Osobny akapit trzeba poświęcić samemu Arthurowi Morganowi, głównemu bohaterowi gry. Podobnie jak opowieść, Arthur jest świetnie napisaną postacią, z którą każdy – bez wyjątku – się utożsami, szczególnie, że w pewien sposób mamy wpływ na jego charakter i sposób postępowania. Choć początkowo poznajemy protagonistę jako człowieka zdecydowanego, nieustępliwego, ale jednocześnie bezgranicznie oddanego gangowi, wraz z fabularnym postępem powyższych cech już jednoznacznie nie można mu przypisać. Nie chcę tu oczywiście spojlerować, ale podkreślić jedynie, że Arthur nie jest postacią jednowymiarową, a wydarzenia z gry odciskają na nim spore piętno, przez co jeszcze bardziej wydaje się „żywy”. Za przykład mogę przytoczyć jedynie wątek trwający prawie przez wszystkie rozdziały w grze, a polegający na windykacji długów dla jednego z członków gangu, niejakiego Leopolda Straussa. Pomijając rodzimy smaczek, początkowo bohater nie ma najmniejszych oporów w zastraszaniu dłużników i konfiskacie nawet najcenniejszych dla nich dóbr, jak choćby pamiątkowej obrączki, czym dalej jednak tym coraz głośniej odzywają się wyrzuty sumienia, kiedy na przykład trafiamy na wdowę z małymi dziećmi czy kobietę w ciąży. Nie dotyczy to zresztą tylko bohatera, gdyż przez cały czas na ekranach naszych telewizorów, przede wszystkim w czasie scenek przerywnikowych, ale także swobodnej rozgrywki, spotykamy cały szereg postaci, którym tak naprawdę można byłoby poświęcić osobną grę lub przynajmniej solidne, fabularne rozszerzenie. Nie można również przejść obok nich obojętnie – albo ich lubimy, albo nie; albo wzbudzają zaufanie od razu, albo jesteśmy wobec nich podejrzliwi. Przyczyniło się do tego na pewno też to, że wszystkie postacie są idealnie dobrane do przypisanych im ról, role te z kolei zostały świetnie zagrane przez zatrudnionych przy pracy nad produkcją aktorów.

Jeśli chodzi o rozgrywkę to nie wiem czy nie lepszym określeniem byłoby tutaj „przeżycie”. Red Dead Redemption 2 bowiem przeżywa się, chłonie się każdą chwilę spędzoną z tą produkcją. Chyba nie ma gracza, oprócz spieszących się przed premierą recenzentów, którzy przechodziliby grę wyłącznie zaliczając kolejne misje fabularne, nie zbaczając nawet na chwilę ze ścieżki, by zagłębić się w świat wykreowany przez Rockstar. Dlatego też, możecie mi zaufać, wspomniane 60-godzin znacznie się wydłuży, a Arthur ma trochę więcej zajęć, niż napadanie na banki, pociągi czy dyliżanse oraz strzelanie się ze stróżami prawa i członkami wrogich gangów.

Teren, który przemierzamy jest naprawdę spory i różnorodny. Z racji odległości pomiędzy obozem gangu, miasteczkami czy miejscami, w których rozpoczynamy kolejne misje lub aktywności karkołomnie byłoby przemierzać go pieszo. I nie ma takiej potrzeby, gdyż przez całą grę towarzyszy nam wierny koń. Potem otrzymujemy możliwość podróżowania także koleją czy po prostu korzystania z mapy w celu szybkiego przenoszenia się do charakterystycznych i wcześniej odwiedzanych miejsc, ale to i tak na swoim wiernym rumaku spędza się najwięcej czasu, szczególnie, iż w dosłownie w każdym zakątku świata gry można natknąć się na coś, co nas zaskoczy. Konie w RDR 2 są niczym samochody w GTA – jest ich kilka rodzajów, można je kupować w stajniach, tam też przechowywać, a jeśli szkoda nam ciężko zarobionej gotówki nic nie stoi na przeszkodzie, aby udać się na polanę czy wysoko w góry i załapać nowego konia na lasso. Aby jednak zniechęcić graczy do częstej wymiany swoich wierzchowców, Rockstar obdarzył każdego innymi statystykami, konie można także „tunningować” zmieniając im umaszczenie czy wyposażenie, w końcu konia można nazwać i dbać o niego głaszcząc czy karmiąc. Z koniem budujemy również więź, dzięki czemu z czasem staje się on mniej płochliwy czy kiedy gwiżdżemy to przybiega do nas z coraz dalszych odległości.

Statystyki posiada także Arthur i są one trzy – zdrowie, wytrzymałość oraz zabójcza precyzja, której aktywowanie spowalnia czas i pozwala wskazać miejsca na ciałach wrogów, w które wystrzelimy naboje z naszych rewolwerów, strzelb czy sztucerów. Przydaje się w szczególności przy słynnych pojedynkach jeden na jednego. Zabójcza precyzja, tak samo zresztą jak pozostałe dwie statystyki, wyczerpuje się i trzeba ją co jakiś czas uzupełniać posilając się zakupionym lub znalezionym jedzeniem, tonikami czy po prostu odpoczywając, np. rozbijając obóz gdzieś w głuszy. Jeśli obawiacie się, że karmienie bohatera powoduje, że Red Dead Redemption 2 ma coś z Simsów to niepotrzebnie. Choć jedzenie wpłynąć może na to, że Arthur jest niedożywiony lub przejedzony, nie ma obaw, że bohater w pewnym momencie umrze z głodu, jedynie może mieć delikatnie obniżone statystyki, co nie wpływa na jego skuteczność w akcji. Tak samo jak przebieranie, założenie zbyt lekkiego odzienia powoduje, iż przebywając wysoko w ośnieżonych górach będzie nam chłodno, przez co statystyki będą się znacznie wolniej odnawiały, ale nie da rady zmrozić protagonisty na śmierć. Poza tym, nic nie stoi na przeszkodzie, aby załadować jedno cieplejsze ubranie na konia i zmienić je w trymiga, kiedy zajdzie taka potrzeba.

Na konia ładować można również skóry i trofea z upolowanych po drodze zwierząt, a tych jest przeszło 150 z różnych rodzai i gatunków. W tym przypadku z całą świadomością przyznaje, że Rockstarowi udało się zaprogramować symulator łowiectwa, jakiego nie powstydziłaby się żadna gra dedykowana wyłącznie temu tematowi. Najpierw trzeba przede wszystkim wypatrzeć zwierzynę. Kiedy się to uda możemy przyjrzeć się jej za pomocą lornetki, by dowiedzieć się, jaką bronią najskuteczniej pozbawimy ją życia. Następnie trzeba poskradać się, zająć odpowiednią pozycję i oddać celny strzał, najlepiej w głowę lub w samo serce. Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, aby staranować jelenia koniem czy podeptać kicające zające lub rechoczące żaby, ale w ten sposób nie zdobędziemy idealnych skór i innych trofeów, które niezbędne są do wytwarzania do amuletów zwiększających statystyki czy pojemniejszych toreb. Mięso ze zwierząt z kolei możemy zjeść, wcześniej je podsmażając, lub przekazać do obozowej kuchni, by zwiększyć zadowolenie członków naszego gangu. W lasach i na równinach czają się także legendarne zwierzęta, jak wielkie bizony, aligatory czy wapiti, których upolowanie jest najtrudniejsze – trzeba podążać np. za ich odchodami – ale z których trofea dają najcenniejsze nagrody.

Kiedy już zmęczymy się tropieniem i strzelaniem z łuku, możemy zawitać do miasta, by korzystać z tamtejszych atrakcji. A tych również nie brakuje. Twórcy przygotowali na przykład kilka gier losowych, jak poker, blackjack czy domino, oczywiście na rzeczywistych zasadach i za wirtualne pieniądze. Są też atrakcje dla ciała, jak choćby wizyta w łaźni, u krawca czy u fryzjera, a w drodze do tych usługodawców możemy wstąpić jeszcze do wielobranżowego sklepu, by wziąć z półki paczkę papierosów. Kiedy już o siebie odpowiednio zadbamy i wypoczniemy możemy na przykład, nomen omen, wesprzeć stróżów prawa i poszukać ukrywających się przestępców, których – aby odebrać nagrodę – musimy dostarczyć żywych lub martwych. Nie zabrakło także kilku rodzajów znajdziek, ale są one bardzo ciekawie zrobione, w formie zadań. Kolekcjonowane przedmioty najczęściej wysyłamy pocztą, by po kilku dniach odebrać list z podziękowaniami i otrzymać stosowną nagrodę czy obejrzeć zakończenie zadania w formie cut-scenki. A co możemy zbierać? Karty kolekcjonerskie z paczek papierosów, egzotyczne rośliny i pióra, fotografie malunków naskalnych czy… kości dinozaurów. A warto ludziom pomagać i być dla nich uprzejmym, gdyż w grze znajduje się poziom honoru, który zwiększa się lub zmniejsza w zależności od naszych poczynań i podejmowanych decyzji, zarówno w trakcie trybu fabularnego, ale przede wszystkim poza nim. Okazji do bycia dobrym jest naprawdę sporo, szczególnie, że wzorem z GTA V, w trakcie podróży co rusz natykamy się na losowe zdarzenia – a to kobietę w potrzebie trzeba gdzieś podwieźć, uwolnić nieszczęśnika z sideł, udaremnić porwanie, wziąć udział w wyścigu do najbliższego miasta, postrzelać na czas do butelek czy w końcu… wziąć udział w ceremonii Ku Klux Klanu. Nie zawsze jest jednak tak przyjemnie i czasem ktoś, pod pozorem proszenia o pomoc, nas napadnie i okradnie, innym razem wpadniemy w zasadzkę i będziemy musieli się bronić. Tego typu zdarzenia losowe powtarzają się bardzo sporadycznie, dlatego też z ciekawością zatrzymywałem się przy każdej okazji by zorientować się co się dzieje, a moje dobre serce przekładało się na wzrost poziomu honoru. To z kolei przekłada się na takie korzyści jak większa rozpoznawalność, niższe ceny w sklepach czy w końcu możliwość przejścia kilku misji dostępnych tylko wtedy, kiedy jesteśmy dobrzy.

Jak więc mogliście przeczytać w powyższych dwóch akapitach, gra oferuje naprawdę dużo możliwości i zapewnia przy tym swobodę działania oraz różnorodność możliwych do podjęcia działań. Czy coś mi się w grze nie podobało? Z racji tego, że gra jest doskonała praktycznie pod każdym względem, tym wyraźniej widać na niej drobne ryski, a raczej – rysę. Jedyną niedopracowaną i nieprzemyślaną mechaniką jest system poszukiwań i karencji przestępstw. Tak, jak w serii GTA, kiedy popełnimy jakieś wykroczenie lub przestępstwo, zaczynają ścigać nas stróże prawa. Aby przestali nas szukać trzeba zniknąć im z oczu, co jednak nie w pełni rozwiązuje problemy z prawem, gdyż w obszarze, gdzie nabroiliśmy, zostaje nałożona na nas grzywna, którą trzeba opłacić, jeśli nie chcemy by szeryf czy łowcy nagród zwracali na nas uwagę. I to jest wszystko oczywiście ok. Problemem jest to, że policja ściga nas wtedy, kiedy nie powinna. Dla przykładu, zabijasz w środku lasu dwóch policjantów z maską założoną na twarzy, wokół żadnego świadka, a mimo to stróże prawa doskonale wiedzą kogo szukać; inna sytuacja, potrącisz przez zupełny przypadek kogoś na zatłoczonej ulicy – oczywiście jesteś poszukiwany, a policjanci na Twój widok… zaczynają strzelać, i tak dalej, i tak dalej. System ten jest delikatnie niedopracowany i niesprawiedliwy, a czasem nawet irytujący. Szczęśliwe, że śmierć w grze nie niesie za sobą żadnych dotkliwszych konsekwencji, oprócz drobnego uszczerbku gotówki.

Niektórzy wypominają grze także, że jest za wolna, że postać zbyt wolno reaguje na nasze polecenia, że zbyt duże odległości trzeba pokonywać konno, że okradanie szafek czy ciał trwa za długo, bo musimy za każdym razem oglądać animację, jak Arthur się schyla, otwiera szufladę/przeszukuje trupa i zabiera co cenniejsze. Nie zgadzam się z tym. Gra, choć realistyczna, w żadnym aspekcie nie przesadza z realizmem, a takich animacji po prostu nie dałoby się uniknąć i nie mogę sobie wyobrazić, że zebrane przedmioty w niewyjaśniony sposób teleportują się do ekwipunku po naciśnięciu przycisku.

Red Dead Redemption 2 to jedna z najładniejszych gier w jakie miałem okazję grać, a już z pewnością najładniejszy sandboks. Tekstury i modele najwyższej jakości, świetne oświetlenie czy zmieniające się warunki atmosferyczne potrafią zrobić piorunujące wrażenie. Jeśli wydaje Wam się, że świat dostępny w grze jest monotonny to jesteście w błędzie, bo choć w grze rzeczywiście dominują tereny zielone to są one różnorodne, z różnymi gatunkami roślin i różną charakterystyką. Gęste lasy, bagna, stepy, pustynia czy mroźne i skaliste góry. Gdzieniegdzie przepływa strumyk czy większa rzeka, są rozległe jeziora, po których można pływać łodzią i łapać ryby. Nie zabrakło także ośrodków ludzkich, jak zeznane z jedynki Blackwater, ale także Valentine, Strawberry, Van Horn, każde z innych charakterem, czy duże, przemysłowe Saint Denis, które uchodzić może już za metropolię z linią tramwajową i zatłoczonym portem. Niesamowite jest również przywiązanie do najmniejszych detali i szczegółów, a świat gry zmienia się w czasie rzeczywistym – Arthurowi rośnie broda, remontowany dom po jakimś czasie zostaje wyremontowany, a zabity przez nas zwierz po jakimś czasie zamienia się w obdarty ze skóry szkielet. Oczywiście, nie można zapomnieć także, że koniom na mrozie… kurczą się klejnoty. Tego typu rzeczy są setki i naprawdę nie sposób byłoby je wszystkie wymienić. Obrazu całości dopełnia wręcz fenomenalna muzyka, a wiele kawałków, które słyszymy podczas rozgrywki, zapada w pamięć. Warto tu zaznaczyć, że ścieżki dźwiękowej nie słyszymy cały czas, a głównie w czasie najważniejszych fabularnych momentów. Głuszę Rockstar pozwala nam zwiedzać w ciszy, wsłuchując się w dźwięki przyrody.

Podsumowanie

Na taki western gracze czekali. Red Dead Redemption 2 to kolejny popis studia Rockstar Games. Gra jest dopracowana w praktycznie każdym aspekcie, jest sandboksem totalnym, przygodą w świecie Dzikiego Zachodu, którą trzeba przeżyć. Deweloper oddaje nam do dyspozycji żywy, niczym nieograniczony świat, na którego kształt mamy wpływ, przy okazji biorąc udział w zapierającej dech w piersiach opowieści wywołującej całe spektrum emocji. Żałuję, że musiała się ona kiedyś skończyć oraz tego, że nie urodziłem się 120 lat temu, gdzieś w zachodnich rubieżach Stanów Zjednoczonych…


NIE RECENZOWALIŚMY TRYBU SIECIOWEGO, GDYŻ TEN W MOMENCIE PISANIA NINIEJSZEGO TEKSTU NIE BYŁ JESZCZE DOSTĘPNY. START RED DEAD ONLINE ZOSTAŁ ZAPLANOWANY NA KONIEC LISTOPADA 2018 ROKU.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Battlefield V