Recenzja „Red Dead Redemption: Undead Nightmare”

Jest rok 1911. Choć powoli nadchodzi zmierzch „dzikiego zachodu”, świat musi zmierzyć się z problemem większym od swawoli, gangów i napadów. Jako John Marston, były bandyta, zostajesz zmuszony do stawienia czoła pladze żywych trupów. Czas odczyścić rewolwer i ponownie osiodłać konia – stawką w tej grze jest w końcu Twoja rodzina. I Twój własny wieczny spoczynek.

Life After Sundown

Po ukazaniu się The Lost and Damned i The Ballad of Gay Tony, płatnych dodatków do Grand Theft Auto IV, nikt nie miał wątpliwości, że Rockstar Games dyskusyjną kwestię DLC (z angielskiego downloadable content – „zawartość do pobrania”) traktuje poważnie i nie próbuje zarobić na graczach każąc im płacić dwa dolary za zbroję dla konia. DLC od Rockstar Games (szczególnie te przeznaczone dla trybu single player) zawsze stały na wysokim poziomie, zarówno pod względem fabuły, jak i rozbudowanej rozgrywki i nowych możliwości. Nie inaczej jest naturalnie tym razem – Undead Nightmare ukazuje zupełnie nowe oblicze najlepszego westernu tego roku – Red Dead Redemption.

Opowiedziana w Undead Nightmare historia ma miejsce tuż przed zakończeniem oryginalnego wątku fabularnego RDR, już podczas ostatniego jego etapu i jest, jak łatwo się domyślić, absolutnie niekanoniczna. Gdy Marston styka się z dziwną zarazą zmieniającą ludzi w agresywne, żądne krwi bestie, czym prędzej wyrusza do najbliższego miasta w poszukiwaniu lekarza; Szybko jednak okazuje się, że sytuacja wygląda gorzej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać: Powstali z grobów umarli, traktując wszystkich jako potencjalny obiad, opanowali całą okolicę i to oczywiście na barkach naszego herosa spoczywa zadanie odkrycia przyczyny dziwnej infekcji.

Against a Crooked Sky

Grając w Undead Nightmare, ciężko nie odnieść wrażenia, że twórcy tego dodatku pysznie się bawili nad nim pracując. Widać to chociażby po nazwach misji (Love in Times of a Plague), trofeów/osiągnięć (Zed’s dead, baby), czy często niepoważnych kwestiach wygłaszanych przez bohaterów. Również to, co dzieje się w samym świecie gry ciężko brać czasem na serio – nieumarłe niedźwiedzie i byki to jedno, ale cztery konie apokalipsy i pewne stworzenie bardziej kojarzące się z Troskliwymi Misiami, aniżeli z Martwym Złem, przekraczają granicę absurdu.

Z drugiej strony wątek fabularny został poprowadzony bardzo ciekawie, a Rockstar San Diego perfekcyjnie połączyło poważną atmosferę grozy i motywy rodem z kiczowatych horrorów klasy B i choć studium zachowania człowieka w czasach apokalipsy to raczej nie jest, miło popatrzeć na twarze znajomych bohaterów i zobaczyć ich reakcje na hordy żywych trupów pałętających się po samotnej prerii. Humor miesza się tu z tragedią, a co najciekawsze, gra nadal zmusza czasem do zastanowienia się nad pewnymi kwestiami moralnymi i potrafi wzruszyć.

Poza biegającymi tu i tam zombie, o klimat dbają drobne modyfikacje wprowadzone w znanym już środowisku. Praktycznie wszystkie miasta stoją w płomieniach, na pustkowiach ciężko znaleźć żywą duszę (a w każdym razie faktycznie żywą), natomiast głównym czynnikiem budującym niepokojącą atmosferę są zjawiska atmosferyczne. Na ogół słoneczne i raczej przyjaźnie wyglądające New Austin, West Elizabeth i Nuevo Paraiso, teraz nękane są ciągłymi zachmurzeniami, burzami i mgłami, a co bardziej nawiedzone miejsca straszą szczególnie psychodelicznym nastrojem – żółtawymi łunami na horyzoncie, ogromnym, zielonkawym księżycem, czy… Stadami nietoperzy zrywającymi się znikąd. Ciarki przechodzą po plecach.

Under the Phantom Moon

Pracując nad Undead Nightmare, Rockstar nie miał wątpliwości, co do tego, że dodatek będzie zdecydowanie krótszy od wersji podstawowej i postanowił wyeliminować z gry prawie wszystkie cechy upodabniające ją do cRPG. Zniknął więc handel i system pieniędzy, usunięto mini-gry, do absolutnego minimum ograniczono gromadzenie zapasów i polowanie, odebrano nam również możliwość rozbijania obozowiska. Punktami zaopatrującymi nas w amunicję są na ogół atakowane przez nieumarłych miasta, które ratujemy dzieląc się z ocalałymi zasobami i odpierając fale żywych trupów – praktycznie każda znana z podstawki osada pełni funkcję bastionu ludzkości, niezależnie od swojej wielkości.

Naszymi przeciwnikami są w zasadzie jedynie nieumarli, czy to w postaci ludzi, czy zwierząt. W tym drugim przypadku, jedyną różnicę stanowią tekstury, bowiem wilk zombie zachowuje się poza tym identycznie, jak klasyczny canis lapus. Powstali z grobów dzielą się natomiast na cztery warianty: klasycznego i niezbyt groźnego umarlaka, potężnego trupa potrafiącego obalić nas poprzez szarżowanie, super-szybkiego pełzacza i wiekowe zwłoki plujące w nas toksynami i eksplodujące po (ponownej) śmierci. Chociaż żaden z wyżej wymienionych nie jest groźny w pojedynkę, gdy na ekranie pojawia się dwadzieścia sztuk, lepiej brać nogi za pas i znaleźć miejscówkę, w której nieumarli nas nie dosięgną – stamtąd można na ogół spokojnie oddawać kolejne headshoty, będące naturalnie najskuteczniejszą metodą na powstrzymanie plagi gnijących przyjemniaczków.

Naturalnie Marston wyposażony zostanie w szereg nowych zabawek do walki z armią ciemności; Podstawą będzie pochodnia, szybko jednak otrzymamy wabik na trupy, który pozwoli nam lepiej zaplanować ucieczkę/przygotować wielką rzeź, a hitem sezonu okaże się garłacz wykorzystujący żebra nieumarłych jako amunicję – jeden strzał z tej broni zrobi nawet z całej grupki przeciwników krwawą miazgę. Najpotężniejszymi broniami miotanymi podczas polowania na zombie będą woda święcona (podpalająca nieczyste siły świętym płomieniem) i dynamit skombinowany z wabikiem, o bardzo długim loncie pozwalającym na zgromadzenie większej ilości ofiar na raz.

Bury Them Deep

Większość fanów bała się połączenia dzikiego zachodu z horrorem, ich obawy okazały się jednak nieuzasadnione. Apokalipsa zombie doskonale wpisuje się w klimat pustynii i prerii, a John Marston jest wręcz wymarzonym pogromcą nieumarłych. Za cenę 36 PLN otrzymujemy co najmniej dziewięć godzin zabawy, a w tym nowe misje, styl rozgrywki, wydarzenia losowe, stroje, uzbrojenie i dwa tryby multiplayer. Przeszkadzać może bardzo mało nowych utworów muzycznych, czy praktyczny brak wszystkiego, co odblokowaliśmy i uzbieraliśmy w podstawowej wersji gry, w gruncie rzeczy szybko się jednak o tym zapomina. Undead Nightmare jest kolejnym wzorcowym przykładem doskonałego DLC – wierzymy, że któregoś dnia doczekamy momentu, w którym większość „dodatków do ściągnięcia” będzie mogła poszczycić się taką jakością.

Zostaw komentarz