Recenzja „Resident Evil 5”

Piąta część krwiożerczej sagi Resident Evil została przez nas bardzo dokładnie sprawdzona. Umieściliśmy ją na naszym stole operacyjnym przygotowaliśmy do zabiegu i wyciągnęliśmy z niej wszelkie uszkodzone i w pełni funkcjonalne organy. Czy milion sprzedanych egzemplarzy może być odzwierciedleniem jakości?

„Welcome to Africa”

Rzecz się dzieje w Afryce. Po długiej podróży, Chris Redfield, były członek S.T.A.R.S., a obecnie agent BSAA trafia do Kijuju, małej afrykańskiej wioski, w której ma spotkać się ze swoim nowym towarzyszem, przydzielonym przez szefostwo. Jak się okazuje, jest nią Sheva Alomar, rdzenna Afrykanka i mimo swojego uroczego wyglądu, sprawnie posługująca się wojennym orężem. Naszym głównym zadaniem jest powstrzymanie Ricardo Irving’a, który ma zamiar sprzedać na czarnym rynku śmiercionośny wirus zagrażający ludziom. Oczywiście w miarę czasu, intryga nieco nabiera kolorów i wszystko zaczyna się komplikować, by w końcu dowiedzieć się, że Irving to tak naprawdę pionek, a prawdziwym zagrożeniem jest nasz „znajomy” sprzed laty.

„We’re partners. To the end.”

Będąc z wami szczerym (pewnie narażam się teraz fanom serii), nie przymierzałem się do zakupu piątej części Resident’a. Nie dlatego, że tej gry nie lubię, lecz dlatego, że strasznie się w poprzednich częściach nudziłem. Z ciekawości jednak zagrałem w demo i zostałem pozytywnie zaskoczony. Opcja pełnej współpracy z drugim graczem wystarczająco do mnie przemówiła bym wydał swoje ciężko zarobione pieniądze i pomęczył się z tym tytułem. Swoją recenzję zacznę więc od nowego pomysłu Capcom’u, a zarazem o największej zalecie gry, trybie kooperacji.

Wierze, że pewnie większość z was lubi usiąść sobie ze znajomymi przed telewizorem i wspólnie mordować hordy przeciwników. Wzajemnie sobie pomagać i tworzyć między sobą więź zaufania, bez której trudno byłoby ukończyć grę. Takie gry jak Contra, mimo swojej trudności, sprawiały masę frajdy i z uśmiechem wspominamy stare czasy. Ten sprawdzony już sposób postanowiło wykorzystać Capcom, wprowadzając tryb kooperacji do swojej najnowszej części. Czy miło się grało? Bardzo, ilość emocji jaka towarzyszyła w czasie starć z zombiakami czy bossami nie wywarła na mnie wcześniej żadna gra. Jak stwierdziłem, gdyby ktoś nagrywał moje rozmowy z bratem przez całą grę, pomyślałby, że jesteśmy naprawdę lekko stuknięci. Zazwyczaj staram się grę przeżywać w milczeniu, tym razem się po prostu nie dało ;) Rodzinka w końcu dowiedziała się, że moje słownictwo nie kończy się na standardowym dziękuję i proszę ;)

A jak się sprawa ma do kooperacji z komputerem? Kiepsko. Grę da się skończyć, jednak na pewno nie na poziomie Veteran (chociaż, jeśli ktoś by się uparł…;)). Nasza partnerka w ogóle nie zwraca uwagi na poziom amunicji jaki ma w ekwipunku, przez to co chwila musimy ją wspomagać. Jest jak piąte koło u wozu dla bardziej wymagających graczy. Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, jeśli brak nam znajomego, który usiadłby z nami przed konsolą, możemy zaprosić kogoś do gry przez internet. Opcja ta została przeze mnie kilkakrotnie sprawdzona i gdyby nie małe lagi (pewnie z przyczyny wolnego łącza niż zapchanego serwera), grałoby się tak przyjemnie jak z partnerem u boku.

„Trust me, I may not be as big as you but I can certainly hold my own”

Grafika w grze jest naprawdę ładna, choć nie zachwyca, aż tak bardzo. Czasami odniosłem wrażenie, że engine jest taki, jaki zastosowano w Resident Evil 4, tylko lekko podrasowany na potrzeby high definition gamingu. Chociaż nie dziwię się taktyce Capcomu, ma być przecież brudno, mroczno i sprawiać wrażenie surowej, co twórcom udało się stworzyć już w poprzedniej części, więc czemu mieliby porzucać stary silnik?

Postacie są wymodelowane starannie, jednak postura Chris’a lekko mnie przeraża i bardziej wyobrażałbym go sobie w „beemwicy” z zimnym łokciem, ogolonym na łyso z blond-panienką, niż w środku czarnego lądu z inteligentną i zabójczą rdzenną Afrykanką. Jedynie co razi to pikselowatość w teksturach otaczającego nas środowiska, co dokładnie widać w cut-scenkach gdy kamera nagle zbliży się do jakiegoś budynku czy podłoża. Efekt ziarnistości oczywiście stara się ukryć wszelkie wady, jednak starego gracza nie da się oszukać ;) Szkoda tylko, że gra nie obsługuje upscalingu do 1080p (na takim telewizorze miałem okazję testować grę), przez co niektóre elementy zdają się być postrzępione, jakby nie zastosowano antyaliasingu. Efekty świetlne takie jak wybuchy czy zabawa świateł i cieni wypadają świetnie, gdyby nie brak zapachu zwęglonego ciała, odniósłbym wrażenie, że realizm został osiągnięty pełną gębą. Podsumowując, patrzy się miło i przyjemnie, animacja daje radę i nie ma co narzekać, ale jeśli miałbym określić ją mianem arcydzieła cyfrowej sztuki (jak to miało miejsce w Metal Gear Solid 4) to nieźle bym pojechał po bandzie. Jest dobrze, czego chcieć więcej?

Okrzyki, świst kul, odgłos jęczących zombie, są takie, jakie były w poprzedniej części. Gra w aspekcie dźwiękowym ani nie jest słaba, ani nie wprawia w osłupienie. Po prostu tak jak grafika, jest wystarczająco dobra. Muzyka natomiast jest taka jaką sobie wyobrażałem, gdy jest moment odpoczynku, delikatnie przygrywa nam melodie, gdy nagle zaczyna się coś dziać, gwałtownie mobilizuje nas do walki. Mam nawet swój ulubiony motyw, który za każdym razem gdy był grany, sprawiał, że nie oglądając się za siebie, uciekałem w jak najbezpieczniejsze miejsce. Nie liczcie jednak na to, że jakiś utwór zapadnie wam w pamięci.

„More and more I find myself wondering if it’s all worth fighting for.”

Jak wygląda ekwipunek? Do dyspozycji mamy spory wybór broni. Każdą z nich da się ulepszać co oczywiście kosztuje nas złotem jakie znajdujemy tu i ówdzie. Miejsca w samym plecaku nie jest za dużo, na początku możemy pakować do niego co chcemy, później będzie doskwierał nam brak obszaru na dodatkową amunicję, czy broń.

Zmieńmy nieco temat na punkt mocno newralgiczny, a mianowicie na sterowanie. Od części czwartej, gra zyskała nieco akcji w gameplay’u, czego nie da się powiedzieć o poruszaniu się główną postacią. Jest po prostu niewygodnie, co chwile coś się dzieje i naprawdę dziwi mnie, że nie można strzelać w biegu. Obracanie się postacią jest strasznie flegmatyczne i potrzeba wiele cierpliwości żeby w całym tym zgiełku się jakoś odnaleźć.

Innym dziwnym zabiegiem jest skierowanie fabuły na drugi plan. Cały czas miałem wrażenie, że w tej części liczy się raczej akcja i przyjemność z kooperacji niż wątki fabularne, które nie wymagały i tak zbytniego wysiłku umysłowego. Historia jest prosta jak drut, żadnego zaskoczenia, żadnej głębszej intrygi, jakby kierowana do masowego odbiorcy niż do inteligentniejszej części użytkowników. Grając w Resident’a można od razu zauważyć, że bardziej chodzi tu o zabijanie i rozwiązywanie łatwych zagadek z partnerem niż myślenie, a to według mnie jest wielką wadą. Gdyby nie tryb kooperacji, od razu uznałbym, że gra jest typowym średniakiem. Co prawda jest sporo dodatków, możliwość pogrania przez internet, tryb „challenge” czy biblioteka, w której możemy poczytać o poprzednich częściach, ale jeśli nie jesteś wielbicielem serii Resident Evil to nie licz na to, że gra zatrzyma cię na nieco dłuższą chwilę. Przejdziesz i odłożysz na półkę, od czasu do czasu zaczynając na nowo z innym znajomym, bo we dwójkę zawsze gra się przyjemniej ;)

„It’s time to make a stand!”

Dobrnęliśmy do końca, więc nadszedł czas by to wszystko podsumować. Gra przez wielu ubóstwiana, przez wielu znienawidzona, ma swój klimat. Akcja nie idzie w parze ze sterowaniem, zrezygnowano z ambitnej fabuły na rzecz kooperacji, a na dodatek zastosowano nieco podrasowany, stary silnik graficzny z Resident Evil 4, więc czy warto w nią zagrać? Jeśli jesteś fanem zombiaków, to warto. Jeśli nie, to wszystko zależy od tego czy znajdziesz kogoś, kto będzie chętny by z Tobą pograł. W innym wypadku pograsz chwilę i odłożysz, nie ukończywszy piątej części. Czy ilość jest odzwierciedleniem jakości? Na to pytanie już sam, drogi czytelniku odpowiedz :)

Na tapecie
Dragon Ball Z: Kakarot