Recenzja „Ridge Racer 7”

Mimo tego ze RR7 nie jest rewolucyjny to parę nowinek i powrót do kilku sprawdzonych rozwiązań okazał sie strzałem w dziesiątkę.

Kiedyś byłem szczęśliwym posiadaczem Amigi 500 z rozszerzeniem pamięci do 1mb. Grałem do upadłego w Mortal Kombat 2 który zajmował 4 dyskietki („tylko nie zmieniaj postaci bo będzie doczytywać” :P) w nieśmiertelnego Lotusa z wręcz fotorealistyczną grafiką, pierwszego Test Drive, Jaguara XJ220… ehh to byly piekne czasy. Pewnego dnia zadzwonił kumpel „wpadaj, kupiłem Playstation”. Jako że opisana akcja miała miejsce jeszcze przed pojawieniem sie pierwszego numeru PE oraz internetu z prawdziwego zdarzenia, za bardzo nie wiedziałem o co chodzi. No ale dałem mu szanse ;)

Musicie sobie wyobrazić jakie wrażenie wywarł na amigowcu Ridge Racer Revolution. Grafika 3D, miód litrami wylewający sie z 15′ ekranu TV… To było moje pierwsze, niezapomniane spotkanie z szarakiem. I mimo tego że potem pojawiły sie inne tytuły zawsze pozostałem wiernym fanem Ridge Racera. Rage Racer a potem Ridge Racer 4 no ale wszystko skończyło sie największą katastrofa w historii serii – Ridge Racer 5. Nawet ja nie potrafiłem zmusić sie żeby w to grac :)

Na szczęście seria po latach posuchy w końcu wróciła na dobre tory. Zebrane „doświadczenie” przy tworzeniu kolejnego gniota (Ridge Racer 6) zaowocowało powrotem do korzeni w postaci Ridge Racera na PSP. Model jazdy praktycznie żywcem wzięty z pierwszego RR + NOS okazał sie zabójcza mieszanka potrafiąca wessać na długie godziny. Był to promyk nadziei dla jednej z najbardziej zasłużonych serii gier na Playstation. No ale czy zamienił sie w ogień?

Odpalamy pierwszy wyścig i małe rozczarowanie – model jazdy nie rożni sie za bardzo od nudnego jak flaki z olejem RR6 a i trasy cos jakby znajome. No ale mamy kilka zmian. Pierwsze co sie rzuca w oczy to slipstreaming czyli tunel powietrzny znany choćby z Gran Turismo. Jednak jego siła jest o wiele większa a co za tym idzie znaczenie kolosalne. Nie trzeba siedzieć dokładnie na ogonie a wystarczy majacząca sie na horyzoncie sylwetka auta aby dostać lekkiego kopa. Im bliżej jesteśmy tym efekt jest mocniejszy tak wiec uważna jazda w cieniu owocuje znacznie wyższa prędkością pozwalająca na łatwe wyprzedzenie przeciwnika.

Dalej mamy system nos znany z RR PSP czyli mamy 3 nosy które możemy odpalać pojedynczo lub też kilka jednocześnie. Dodatkowo możemy dokupić sobie za hajs wygrany w wyścigach kolejny slot na nos lub tez zmienić jego charakterystykę. No ale to tylko początek – oto pierwszy Ridge Racer z możliwością grzebania sie w ustawieniach furek! Mimo tego że możliwości mamy dość ograniczone to jednak potrafią znacząco wpłynąć przebieg wyścigu. No i jeszcze musimy wybrać opony – za duża przyczepność będzie przekładała sie na niska prędkość w drifcie, no a za niska brakiem kontroli i driftowaniem na prostej.

Oczywiście nie mogło zabraknąć tuningu wizualnego. Możemy wymienić sobie body kit, wstawić większy spojler czy tez pomalować auto na różowo :P Szczytem wszystkiego jest autko z kocim ryjem – te japończyki to musza mieć zdrowo nasrane we łbie albo dodawać cos do sake ;)

Gra śmiga w full 1080p ale niestety potrafi zdrowo przyciąć. Nie – to słowo nie oddaje tego co sie dzieje na ekranie. Gra wręcz zaczyna wyświetlać pojedyncze klatki animacji niczym tani aparat cyfrowy przeglądający zdjęcia. Jest to szczególnie upierdliwe bo wystarczają do tego 3 auta na ekranie + nos (a jakże ;) ) w zakręcie, co wbrew pozorom zdarza sie nader często. Irytuje to tym bardziej ze grafika za bardzo nie odbiega od tej oferowanej w RR6 na X360 co nie świadczy zbyt dobrze o optymalizacji gry.

Na szczęście zdecydowana większość tras wygląda po prostu świetnie, a niektóre wywołują po opad szczeki (Lost Ruins!). Czasami otoczenie mogłoby być bardziej szczegółowe ale odpowiednio użyty nos (znowu ;]) zapewnia tyle wrażeń ze przestałem zwracać uwagę na to ze stojący obok trasy samolot nie zamienia sie w kule ognia i nie wyskakują z niego pasażerowie. Całość dopełnia kilka smaczków vide blur z tylnych świateł czy animowane elementy furek.

Oprawa dźwiękowa stoi również na przyzwoitym poziomie. W końcu Namco poszło po rozum do głowy i zdecydowało sie wrzucić kilka szybkich kawałków (na czele z Nitro Witch) tak wiec nie jesteśmy skazani na japoński jazz skutecznie obrzydzający granie. Miłym smaczkiem jest możliwość puszczenia swojej muzy z CD – genialne w swojej prostocie rozwiązanie. Tylko ze jeszcze lepsze byłoby odtwarzanie utworów z HDD imo.

Jedna z największych zalet RR7 jest jego dopracowanie. Gra ma mnóstwo trybów gwarantujących długie godziny grania co nie jest znowu takie oczywiste jeżeli sie przyjrzymy innym launch titles na PS3. Jest to zdecydowanie najbardziej doszlifowana produkcja dostępna obecnie na te konsole. Przede wszystkim poziom trudności został dobrany bardzo dobrze. Zaczyna sie bowiem bardzo niewinnie od Ridge Racer Grand Prix który powolutku wprowadzi każdego nowego w świat szalonego nos driftu, a kończy na extreme battles które sprawiają trudności nawet doświadczonym graczom.

Po skończeniu singla czeka nas esencja Ridge Racera czyli Global Time Attack no i oczywiście hucznie zapowiadany online. Nie wiem jak Namco to zrobiło ale podczas grania w sieci nie uświadczysz żadnych lagów (w czym „przoduje” EA), nie ma tez żadnych problemów z detekcja kolizji (znowu EA) czy z podłączeniem sie do gry (oj chyba sie uparłem na nich za Carbona ;)). No i co najważniejsze można spróbować swoich sil w starciu największymi hardcorami z KKW co jest po prostu bezcenne. Nie mogło zabraknąć również online na split screen – możesz stworzyć z kumplem team i razem pozamiatać żółtkami.

Mimo tego ze RR7 nie jest rewolucyjny to parę nowinek i powrót do kilku sprawdzonych rozwiązań okazał sie strzałem w dziesiątkę. Gra ma niesamowita sile. Nawet nie zdając sobie z tego sprawy odstawiłem Resistance i jego achievmenty na półkę. Dlaczego wiec nawet nie dałem mu 9? Gra ma specyficzny klimat i nie podejdzie każdemu.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Final Fantasy VII Remake