Recenzja „Ridge Racer Unbounded”

Ridge Racer to chyba jedna z najdłużej, jeśli nie najdłuższa, seria gier wyścigowych goszcząca na konsolach – pierwsza część pojawiła się bowiem na Playstation w 1994 roku. Produkcja Namco z pewnością jest przez graczy lubiana i ma grono fanów. Przy najnowszej odsłonie, która debiutuje pięć lat po Ridge Racer 7 (wydane na premierę Playstation 3 w 2007 roku), japoński wydawca zdecydował się na dość odważny krok – do zręcznościowych wyścigów dodał element destrukcji, co z jednej strony dodaje grze widowiskowości, z drugiej jednak Unbounded bliżej do cyklu Burnout niż klasycznego Ridge Racera. Czy taki krok był dobrym posunięciem Namco – postaram się odpowiedzieć w tej recenzji.

Wiadomo, że jeśli ściągać to tylko od najlepszych. Nie mam pojęcia czy takie motto przyświecało producentom z Bugbear (twórcy serii FlatOut), jednak po ograniu najnowszego Ridge Racera mogą śmiało stwierdzić iż produkcja Criterion cały czas lideruje w kategorii wyścigów połączonych z wybuchami. Nie twierdzę, że Unbounded to gra słaba – jedynie, że słabsza niż Burnout.

Ridge Racer Unbounded to cały czas zręcznościowe wyścigi, gdzie dużą rolę odgrywa odpowiednie wchodzenie w zakręty. Driftowanie odbywa się przy pomocy jednego przycisku, jednak już po rozpoczęciu ślizgu trzeba odpowiednio balansować autem, żeby nie przedobrzyć i nie zrobić bączka. Na szczęście, jak na arcade’owe wyścigi przystało, uderzenie bokiem pojazdu o ścianę nie robi maszynie krzywdy, wręcz przeciwnie: skutecznie pomaga ustawić pojazd w odpowiednim kierunku i kontynuowanie jazdy po przesadzonym dryfcie. Co innego, kiedy zderzymy się czołowo – wtedy włącza się animacja, w której karoseria samochodu gnie się, elementy latają w różne strony a my co prawda wracamy na tor w całości, jednak ponowne rozpędzenie się, kiedy przeciwnicy gnają ponad 200 km/h, można oznaczać stratę nie do odrobienia. Ogólnie rzecz biorąc, czuć masę wszelkich pojazdów, co jednak w połączeniu z dość słabą fizyką raczej pozwala zapomnieć o wbijaniu przeciwników w ścianę czy efektownych powietrznych fikołkach. Ponadto, nieraz uświadczyłem dziwne zachowania prowadzonych maszyn, np. podczas zderzeń z różnymi obiektami. System jazdy jednak nie frustruje, czuć prędkość, w zakręty wchodzi się z przyjemnością, jednak Unbounded zdecydowanie nie jest rewolucją w kwestii prowadzenia aut w zręcznościowych wyścigach.

Nowym i – rzecz można – dominującym trybem rozgrywki jest Domination. Są to wyścigi, w których nie liczy się prędkość a skala zniszczenia. Zamiast Boosta występuje tutaj pasek Power, który ładuje się na kilka sposobów: za pomocą driftów, kontaktu z przeciwnikiem, lotami w powietrzu czy destrukcji otoczenia. Kiedy pasek Mocy jest naładowany, jego użycie powoduje znaczne przyspieszenie oraz większą moc uderzeniową, przez co niszczenie przeciwników to tylko formalność – bez dodatkowej Mocy zniszczenie konkurenta uzależnione jest od posiadanej prędkości i paska życia. Pasek Power posiada jeszcze inną, chyba najważniejszą zaletę: naładowany, umożliwia zobaczenie różnych miejsc, które można zniszczyć – np. sklepy, bramy stadionu czy mury – dzięki czemu oglądamy nie tylko widowiskową animację w zwolnionym tempie, ale również odkrywamy skrót, dający przewagę nad resztą stawki. W trybie Domination więc pierwsze skrzypce odgrywa Moc i jej umiejętne wykorzystanie – z początku może to trochę wkurzać, gdyż przeciwnicy jeżdżą praktycznie bezbłędnie i posiadają tej samej klasy pojazdy, ale odpowiednie umiejętności i trochę sprytu z pewnością zapewnią wysokie miejsce.

Innymi trybami, w których można pojeździć są: Drift (driftowanie na punkty), Time Attack (jazda na czas), Frag Attack (zdobywanie fragów z nieskończonym paskiem Power) oraz wyścigi Shindo, czyli po prostu ściganie się, gdzie pasek Power zastąpiony zostaje paskiem Boost.

Miejscem naszych zmagań jest miasto Shatter Bay, podzielone na kilka dzielnic – przedmieścia, stare miasto, port, centrum, zatokę itp. Zawiodłem się jednak, bo choć ścigać się można w kilku różnych – i oddalonych od siebie – obszarach, lokacje się powielają, gdyż co rusza natknąć się można na takie same budynki czy ulice; różnice występują jedynie przy zabudowie w tle, jednak też nie zawsze. Powoduje to uczucie monotonii i przywodzi na myśl, że gdzieś to już widziałem. Wracając jednak do konstrukcji trybu dla pojedynczego gracza: każda z dzielnic zawiera siedem ewentów polegających na rozgrywaniu rodzajów zawodów opisywanych w dwóch powyższych akapitach, a premiowanymi miejscami są trzy pierwsze. Zajęcie miejsca na podium pomaga w odblokowaniu kolejnych ewentów a odpowiednia ilość zdominowanych wyścigów pozwala na odkrycie kolejnych dzielnic. Za wygrywanie oraz styl jazdy wpadają punkty (nawet jeśli nie pójdzie nam najlepiej), których odpowiednia ilość podnosi rangę, a każdy awans odblokowuje nowe pojazdy czy elementy do edytora tras. I jeszcze zdanko w kwestii pojazdów – tych jest kilkanaście, przed każdym wyścigiem wybieramy jeden z kilku dostępnych, jednak nie zawsze jest tak, że ten odblokowany na późniejszym etapie jest lepszy. Częściej zdarza się, że jest po prostu inny, np. wolniejszy, ale w zamian posiadający lepszą przyczepność lub większą odporność na uderzenie, więc to w gestii gracza jest wybór najlepiej pasujący do preferowanego przez niego stylu jazdy.

Jako dodatek, autorzy udostępnili edytor tras, który spełnia swoją rolę – zaczynamy od zaprojektowania zamkniętego toru składającego się z prostych odcinków i zakrętów, aby potem przenieść się do edycji zaawansowanej, gdzie uatrakcyjniamy naszą trasę różnymi typami środowisk (wieżowce, autostrada, zwykła ulica itd.) oraz wstawiamy nowe elementy jak wyskocznie czy zniszczalne elementy. Stworzone trasy możemy umieścić w jedynym mieście (ówcześnie przez nas nazwanym), a następnie cały zestaw zamieścić w sieci i udostępnić go do przetestowania innym graczom. Sami możemy również ścigać się na stworzonych przez innych trasach, czy to w samotności (wtedy przeciwnikami są pojazdy sterowane przez konsolę) czy przez sieć. Multi pozwala również na jazdę na torach z Shatter Bay z kilkoma graczami jednocześnie. Oczywiście, za internetowe wyścigi również wpadają punkty, które pozwalają podnosić naszą rangę.

Jeśli chodzi o stronę techniczną gra wygląda ładnie, jednak bez fajerwerków. Przy szybkiej jeździe nie ma to jednak znaczenia, bo i tak jesteśmy skupieni na drodze czy pojeździe niż na otaczającym nas środowisku. Co ważne, przy większej demolce animacja nie zwalnia ani na chwilę, niestety, same zniszczenia nie wyglądają spektakularnie a jedynie poprawnie. Muzyka również została dobrze dobrana, w tle przygrywa muzyka nowoczesna i różne miksy, które jednak nie zapadają w pamięci na dłużej.

Podsumowanie

Ridge Racer Unbounded z pewnością można określić mianem eksperymentu, jednak średnio udanego. Pomijając zmianę konwencji serii, gdyż taki zabieg nie zawsze oznacza niepowodzenie, ale najnowsza odsłona nie ma po prostu swojego charakteru – ni to Ridge Racer jakiego znamy, ni Burnout. Unbounded nie jest samochodówką słabą, ale też nie wybitną – jednak w obecnym okresie, kiedy nowości z tego gatunku brakuje, fani czterech kółek sięgając po najnowszą propozycję Namco na pewno przez kilka godzin pobawią się nieźle. Na przyszłość jednak wolę, aby wydawca więcej nie bawił się w młodego chemika i ulepszał sprawdzoną konwencję.

Zostaw komentarz

Na tapecie
The Dark Pictures - Man of Medan