Recenzja „Shadow of the Colossus”

Kiedy na zeszłorocznych targach E3 zapowiedziano drugą reedycję Shadow of the Colossus – bo przecież grę mogliśmy przypomnieć sobie już na PS3 – lekko się zdziwiłem, bo choć gry Fumito Uedy to piękne przeżycie to ile razy można przypudrowywać zmęczone, 13-letnie kolosy? Moje zdziwienie szybko jednak minęło, kiedy okazało się, że otrzymały one nie kolejną warstwę pudru, a całkowicie nowy makijaż. Kolosy jeszcze nigdy nie były tak piękne, a zamieszkiwana przez nich kraina potrafi już nie tylko przygnębić, ale także zaprzeć dech w piersiach.

To właśnie w oprawie graficznej zaszły największe zmiany w porównaniu do oryginału czy remastera z PS3. Tym razem nie jesteśmy świadkami jedynie podwyższenia rozdzielczości wyświetlanego obrazu, a tak naprawdę całkowicie nowych tekstur i modeli. Kolosy, choć ich zwyczaje nie uległy zmianie, pochwalić się mogą praktycznie nowym pancerzem czy w końcu falującymi na wietrze czy pod wpływem ruchu sierścią czy włosami. Wszelkie ataki specjalne wyglądają również bardziej widowiskowo i szczerze, gdybym nie wiedział, że gra ma już te wspominane przeze mnie 13 lat, pomyślałbym, ze jest dużo, przynajmniej o dekadę, młodsza. Oczywiście zmiany graficzne dotyczą także krainy, którą przemierzamy. W lesie jest znacznie gęściej od drzew, woda wygląda iście current-genowo, a piach na pustyni ma znacznie drobniejsze ziarenka. Bluepoint Games, studio, które było odpowiedzialne ze remaster, wyrasta na prawdziwych mistrzów w swoim fachu.

I w sumie na powyższym akapicie mógłbym zakończyć tę recenzję, dodając jedynie, że drobnym modyfikacjom uległo również sterowanie, które jest bardziej intuicyjne – choć sterowanie Agro, koniem należącym do głównego bohatera, to nadal katorga przez dość ociężałe ruchy zwierzaka i wolną reakcję na nawoływanie. Zakładam jednak, że są wśród nas gracze, którzy nigdy wcześniej w Shadow of the Colossus nie grali i teraz mogą nadrobić to przeżycie. Tak, przeżycie, którym są wszystkie gry Fumito Uedy. Na pierwszy rzut oka fabuła gry może wydawać się prosta – ot, gdzieś do odległej krainy przybywa Warden, który chce odzyskać duszę swojej ukochanej. W tym celu wchodzi w układ z Dorminem, tajemniczym bytem zamieszkującym Kaplicę. Układ jest prosty – chłopak musi „jedynie” pokonać szesnaście kolosów zamieszkujących różne zakątki regionu, w zamian za co Dormin przywróci do życia ukochaną Mono. Szybko jednak okazuje się, że nasi przeciwnicy nie są jednoznacznie źli, a jedynie bronią się przed intruzem naruszającym ich spokój. Intruzem, którym jest Warden. Mimo to, trzeba robić swoje…

Starcia z całą szesnastką są niezwykle emocjonujące. W Shadow of the Colossus nie ma mamy do dyspozycji magii czy szerokiego arsenału broni. Jesteś tylko Ty, wyposażony w miecz i łuk, oraz on, na ogół kilka razy większy, wydający się nie do pokonania – przynajmniej do momentu, kiedy nie znajdziemy słabego punktu. To jednak tylko połowa sukcesu, gdyż trzeba jeszcze znaleźć sposób, jak się do takiego punktu dostać, aby wbić w niego dzierżone ostrze. Każdy kolos jest inny, każdy inaczej się zachowuje i każdy ma inne słabe punkty. O ile przy pierwszym starciu wystarczy dźgnąć przeciwnika w nogę, aby na chwilę uklęknął i wykorzystać ten moment do wspięcia się po jego sierści na głowę, tak czym dalej, tym bardziej trzeba pokombinować. Niektóre kolosy pływają, inne latają, jeszcze inne są niezwykle zwinne. Czasem, aby zmusić ich do odsłonięcia swoich słabości trzeba zejść pod ziemię lub zmusić do nadepnięcia na gejzer, aby jego trysku przewróciła oponenta, czyniąc go całkowicie bezbronnym. Różnorodność więc to kolejna zaleta produkcji i nie sposób się nudzić – cały czas jesteśmy ciekawi, jaki następny kolos czai się za rogiem. Dodatkowych emocji starciom dodaje ograniczona wytrzymałość Wardena, który tylko przez ograniczony czas może chwytać się różnych części ciała kolosa, a czym mocniej kolos się miota, tym wytrzymałość szybciej się zmniejsza, co z kolei grozi spadnięciem i koniecznością docierania do słabego punktu od nowa. Innymi słowy, walki z kolosami są epickie i, naprawdę, żadne słowa nie są w stanie tej epickości oddać – trzeba je stoczyć własnoręcznie i się o tym przekonać!

Podsumowanie

O Shadow of the Colossus, jako o grze napisano już bardzo wiele trzynaście lat temu. Jest to produkcja wyjątkowa, niepodrabialna, magiczna. Dzięki Sony i Bluepoint Games jeszcze raz możemy zanurzyć się w tę wspaniałą krainę i zmierzyć z jej mieszkańcami, którzy jeszcze nigdy nie wyglądali tak ładnie. Idealny remaster pięknej gry. Gdyby tylko nie ten Agro…

Grę do recenzji otrzymaliśmy bezpłatnie od Sony Interactive Entertainment Polska.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Marvel's Spider-Man