Recenzja „Sleeping Dogs”

Niewiele brakowało, a niniejsza recenzja mogłaby w ogóle nie powstać. Nie ze względu na to, że nie chciało mi się jej pisać, ale zważywszy na fakt, iż samej gry miało w ogóle nie być. Pierwotnie bowiem Sleeping Dogs miało być kolejną częścią sandboxowej serii True Crime z podtytułem Hong Kong. Activision jednak z projektu zrezygnowało, na szczęście znalazł się ktoś, kto postanowił dać grze drugą szansę. I tak, pod koniec sierpnia 2012 roku tytuł wylądował na półkach sklepowych za sprawą Square Enix, ze zmienionym tytułem (prawa do marki zostały przy pierwotnym wydawcy). Sprawdźmy więc ile warta jest podróż do współczesnych Chin.

Historia opowiedziana w Sleeping Dogs biegnie dwutorowo. Dzieje się tak za sprawą głównego bohatera – Weia Shena – który jako policjant dostał za zadanie zinfiltrowanie organizacji Sun On Yee, odłamu Triady (chińskiej mafii). Ma on o tyle ułatwione zadanie, że wychowywał się w dzielnicy, w której mafia działa, znał więc nie tylko jej zwyczaje, ale również niektórych jej członków. To właśnie dzięki takiej znajomości z dzieciństwa udaje się Shenowi wejść w struktury Sun On Yee. Oczywiście, na początku pełni rolę swoistego chłopca na posyłki, jednak wraz z rozwojem wydarzeń udowadnia swoją lojalność i pnie się coraz wyżej, musząc uważać jednocześnie, aby jego przykrywka nie została zdemaskowana. Jako że główny bohater to postać bardzo charakterystyczna, zdolna do uczuć wyższych, z czasem coraz trudniej wykonywać mu zadanie zlecone przez zwierzchników, ponieważ członkowie mafii okazują się ludźmi, dla których na pierwszym miejscu jest honor i lojalność, a nie zyski płynące z kradzieży czy przemytu narkotyków. Początkowa różnica pomiędzy policją a przestępcami, coraz bardziej zaczyna się rozmywać, a gracz – utożsamiając się z protagonistą – zaczyna widzieć przeciwników nie w mafii, a właśnie w stróżach prawa, dla których nie liczy się nic poza osiągnięciem celu i dalszą karierą. Sama historia jest mocnym punktem Sleeping Dogs i choć nie ma tutaj bardzo głębokich czy błyskotliwych dialogów, a niektóre wątki ucięto zbyt wcześnie lub przedstawiono zbyt powierzchownie, chce się brnąć coraz dalej w fabułę i poznać ją do samego końca.

W związku z powyższym akapitem, misje wykonujemy zarówno dla przedstawicieli Sun On Yee, jak i policji. Wszystkich zadań jest trochę ponad trzydzieści, a dla upartego uporanie się z nimi nie powinno zająć więcej niż osiem godzin (zakładając oczywiście, że wykonywałby jedynie misje głównego wątku fabularnego). Te dla mafii polegają głównie na walce z konkurencyjnymi organizacjami, ale nie tylko: w jednej na przykład trzeba pomóc przyszłej żonie naszego szefa poczynić ostatnie przygotowania do ślubu. I nie chodzi tylko o wybór sukni ślubnej, ale również wykradzenie rzadkiego kwiatu z klasztoru mnichów. Ogólnie, schemat zadań to pojedź – zabij/odbierz/przywieź – wróć, jednak w którym sandboxie jest inaczej? Zadania nie są w żadnym razie monotonne, przede wszystkim dzięki różnorodnym lokacjom oraz kilku fajnym patentom w rozgrywce, o których za chwilę. Misje policyjne natomiast opierają się na podobnych założeniach, jednak trwają trochę dłużej za względu na swoją złożoność – prowadzimy małe śledztwa mające na celu wyjaśnić sprawę handlu organami czy uprowadzeń nielegalnie przebywających w Hong Kongu imigrantów. Dla przykładu, w tym pierwszym przypadku musieliśmy pojechać na miejsce zbrodni w stroju policjanta, zorientować się jakie organy zostały ofiarom wycięte, następnie udać się do szpitala i włamać do bazy komputerowej w celu ustalenia nazwiska lekarza wykonującego w ostatnim czasie najwięcej przeszczepów i tak dalej. Aha, warto nadmienić, że Shen choć jest gliną, z hongkońskimi stróżami prawa nie współpracuje, działając z ramienia policji amerykańskiej, gdzie przez ostatnie kilkanaście lat przebywał.

Co daje wykonywanie zadań? Oprócz pieniędzy czy nowych ciuchów, zdobywamy punkty doświadczenia powiększające dwa oddzielne paski – triady i policyjny. Każdy kolejny poziom doświadczenia w jednej lub drugiej frakcji pozwala nam wybrać nową umiejętność dla głównego bohatera – np. lepsze posługiwanie się bronią palną, ciche wkradanie się do samochodów czy dodatkowe ciosy. Najwięcej doświadczenia wpada oczywiście za wykonywanie zadań, ale są też dodatkowe punkty – wykonując misje dla mafii można zdobyć trochę doświadczenia policyjnego za przestrzeganie prawa. To znaczy, na starcie pula punktów policyjnych jest pełna i kiedy podczas zadania np. zbijemy cywila czy potrącimy zaparkowany samochód, punkty się odejmują i pod koniec mamy ich mniej. Działa to też na odwrót – wystarczy efektownie walczyć z bandziorami, aby nabić sobie pasek triady podczas policyjnych śledztw. Niestety, system ten został nie do końca przemyślany, bo raz że misji triady jest więcej, a dwa odejmowanie punktów za skoszenie parkometru podczas szybkiego pościgu jest po prostu niesprawiedliwe. Chyba, że było to zamierzone rozwiązanie, aby zmusić gracza do kupienia dodatkowych punktów doświadczenia… za złotówki.

Podstawowym narzędziem walki Shena są jego ręce i nogi. Bohater bardzo dobrze opanował wschodnie sztuki walki i wszelkie chwyty czy kopniaki w powietrzu to dla niego nie nowość. Walka wygląda bardzo efektownie, przypominając tą, którą oglądać mogliście w ostatnich Batmanach od studia Rocksteady. Opiera się głównie na wciskaniu jednego przycisku w różnych kombinacjach, do tego dochodzą chwyty oraz kontry – kiedy możemy taką wykonać, przeciwnik podświetla się na czerwono. Dodatkowo, nie ma problemu z użyciem gubionych przez wrogów lub znalezionych przedmiotów (noży, łomów czy… ryb) oraz elementów otoczenia – po chwyceniu wroga zobaczymy miejsca, które możemy wykorzystać do wykończenia delikwenta. Te sekwencje są bardzo brutalne: wymienię choćby rozcinanie twarzy piłą mechaniczną, wrzucenie do ściennego akwarium czy przygniecenie głowy drzwiami od lodówki. Ogólnie, gama ciosów jest szeroka, a nowe poznawać możemy przede wszystkim w szkole walki, za przynoszenie figurek porozrzucanych po całym mieście. Przeciwników zaś jest kilka rodzajów – zwykli, tacy noszący wspomniane wcześniej przedmioty, czy bardziej ociężali, nie dający się chwycić.

Choć walka wręcz to podstawowy element rozgrywki, nie zabrakło też broni palnej, choć patent ten rozwiązano nieco inaczej niż w pozostałych grach gatunku. Tutaj nie możemy nosić arsenału broni cały czas przy sobie – pistolety czy karabiny po prostu nosimy w dłoniach dopóki nie skończą nam się naboje lub po prostu je porzucimy. Tak naprawdę, broń palna jest słabo dostępna i poza misjami ciężko ją znaleźć – noszą ją głównie stróże prawa, którym naturalnie możemy zabrać pukawkę. Warto nadmienić, że dopiero po kilku godzinach gry otrzymałem w dłonie pierwszy pistolet. Same strzelaniny prezentują się natomiast fajnie – nie zabrakło krycia się za osłonami czy wysadzania beczek z paliwem, jednak najefektowniej wygląda wyskok zza osłony. Uaktywnia się wtedy bullet time, a każde kolejne zabójstwo wydłuża spowolnienie czasu, dzięki czemu można dokonać całej serii zabójstw.

Walka walką, jednak Shen potrafi również kilka innych rzeczy. Przede wszystkim, nieźle prowadzi wszelkie pojazdy, a tych na ulicach Hong Kongu nie brakuje – są zarówno jednoślady, jak i kilkadziesiąt rodzajów samochodów (od vanów przewożących kury, po szybkie auta sportowe), na łodziach kończąc. Model jazdy jest bardzo arcade’owy i niektórym może nie przypaść do gustu – mi również na początku było trochę ciężko się przyzwyczaić, ale po przejechaniu odpowiedniej ilości kilometrów przywykłem. Chodzi o to, że samochody sprawiają trochę wrażenie jeżdżących kartonów, nie czuć ich wagi, nienaturalnie wchodzą w poślizgi, jednak suma summarum śmiganie po autostradzie czy wąskimi uliczkami może sprawić frajdę. Nie podobał mi się efekt trzęsącego się ekranu przy większych prędkościach – lekko drażnił. Aha, i przypominam, że w Hong Kongu obowiązuje ruch lewostronny.

Pozostając jeszcze przy pojazdach, warto wspomnieć, że w bagażnikach można przewozić ludzi, Shen umie też wbić się do samochodu podczas jazdy – wystarczy podjechać swoją furą odpowiednio blisko pożądanego pojazdy i wcisnąć kwadrat, aby bohater przeskoczył z jednej fury do drugiej. Ponadto, Shen zna się również na hakowaniu czy otwieraniu zamkniętych drzwi – uruchamia się wtedy odpowiednia minigierka, podczas której trzeba złapać odpowiednie fale radiowe/odgadnąć hasło w kilku próbach (po każdej pojawia się, które cyfry trafiliśmy i czy są na odpowiednim miejscu – świetna sprawa)/odpowiednio ustawić odważniki w zamku. Jak więc widzicie, gra oferuje naprawdę sporo w kwestii gameplayu, a wszystkie te elementy są odpowiednio dawkowane, dlatego ciężko się nudzić.

Podobnie sprawa ma się z wszelkimi zadaniami pobocznymi – Hong Kong z pewnością nie jest nudnym miejscem i roboty jest naprawdę sporo. Oprócz zadań wątku głównego, co rusz napotkać możemy postacie proszące nas o pomoc. Ich zadania są jednak proste i króciutkie, ale jest ich całe mnóstwo i każda delikatnie się od siebie różni. Co jeszcze? Możemy umówić się na randkę, choć tylko w określonych momentach. Spotkanie z dziewczyną nie polega jednak na pójściu na kawę, tylko bardziej je urozmaicono – pstrykamy naszej lubej fotki, zapewniamy jej odpowiednich doznać poprzez szybką jazdę czy uprawiamy… parkour. To wszystko? Nie! W mieście znaleźć możemy restauracje, sklepy z odzieżą, znajdźki podnoszące pasek zdrowia, możemy szukać aut na zlecenie, ścigać się, zagrać w pokera, brać udział w walkach czy też obstawiać walki kuraków, jak również rozpracowywać grupy przestępcze i dawać cynk stróżom prawa. Nie sposób więc narzekać na brak zajęcia po skończeniu fabuły i z pewnością osoby, które będą chciały poznać miasto w pełni i wyplatynować produkcję będą w pełni usatysfakcjonowani.

Samo miasto również może się podobać. Dostępne są cztery dzielnice połączone ze sobą autostradą, do tego wokoło rozlokowano kilka wysp. W wirtualnym Hong Kongu znajdziemy zarówno biedniejsze dzielnice, pełne charakterystycznych dla tamtego regionu bazarów, jak i bogatsze centrum czy dzielnicę willową. Autorom udało się oddać klimat tego chińskiego miasta, pełno tutaj świecących billboardów z krzaczastą czcionką czy unikalnych miejscówek, jak wspomniany bazar lub kluby i świątynia mnichów. Wielkość jest też idealna jak dla tego typu produkcji – przejechanie z jednego końca miasta na drugi to kwestia kilku minut, jednak nawet po skończeniu fabuły odkryłem kilka nowych miejscówek, niewidzianych wcześniej. Jest po prostu klimatycznie.

Od strony graficznej gra prezentuje się nieźle. Trzeba nadmienić, Sleeping Dogs to sandbox dlatego też autorzy musieli pójść na pewne kompromisy. Gorzej od ulic prezentują się wnętrza budynków, ale przebywamy w nich rzadziej niż częściej, dlatego nie przykuwa się do tego większej uwagi. Modele postaci czy ich animacje to także solidna robota. Zdarzyło się kilka mniejszych technicznych wpadek, ale nierażących oczu. Od strony dźwiękowej z kolei tytuł zaskoczył mnie pozytywnie – w radiu usłyszeć można utwory praktycznie ze wszystkich gatunków muzycznych, są kawałki bardziej rozpoznawalne, a nawet takie śpiewane w języku chińskim. Co ciekawe, jedną z minigierek jest możliwość zaśpiewania… karaoke. Voice acting natomiast stoi na profesjonalnym poziomie, a głosy idealnie pasują do wirtualnych bohaterów.

Podsumowanie

Sleeping Dogs mnie zaskoczyło. Pozytywnie. Choć śledziłem informacje o tym tytule dość sumiennie, liczyłem na dobrą pozycję i nic więcej. A tak wyszedł naprawdę konkretny tytuł sandboxowy. Ciężko stwierdzić, że wyrósł duży konkurent dla doskonałej serii Grand Theft Auto, jednakże w oczekiwaniu na piątkę z pewnością warto w kierunku Sleeping Dogs spojrzeć, zaś azjatycka otoczka to jedynie plus i miła odskocznia od amerykańskich metropolii. Jestem ciekaw, czy Square Enix myśli nad kontynuacją – ja nie mam zupełnie nic przeciwko. Oj, Activision, macie czego żałować.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Final Fantasy VII Remake