Recenzja „Sniper Elite V2”

Dla przeciętnego dewelopera postać snajpera w osobie głównego protagonisty albo nie ma racji bytu, albo jest też kolejnym wcieleniem holiłódzkiego hiroła, który niczym Rambo szarżuje z furią na przeciwnika z odbezpieczonym granatem w jednej dłoni, karabinem snajperskim w drugiej oraz z puszką napalmu w ustach, przepijając metalowe odłamki łusek co i raz wpadające mu do rozdziawionych w akcie dzikiej satysfakcji ust. Serwowany graczom w kolejnych CoD’ach, czy Battlefield’ach obraz żołnierza posługującego się bronią długodystansową nijak ma się do rzeczywistości, gdzie człowiek takowy obarczony jest zwykle z góry określonym, pojedynczym zadaniem i co najważniejsze, działa poza polem walki. Rozumiem, że może to mniej atrakcyjne od wesołego wyżynania armii łotrów pragnących kontrolować świat, mało widowiskowe i w ogóle nieefektowne. W świecie dzisiejszej kultury, gdzie liczy się „show”, nie ma miejsca dla strzelca wyborowego.

Rebellion jednak postanowił iść na przekór trendom, przynajmniej jeśli chodzi o dobór tematyki i perspektywy z jakiej obserwujemy wydarzenia. Po raz drugi przyjdzie nam wcielić się w rolę snajpera, który penetruje obszary nazistowskich Niemiec w przededniu zakończenia drugiej wojny światowej. Przygodę zaczynamy pośród gorejących zgliszczy Berlina, gdzie powoli zadomowia się Armia Czerwona. Celem naszych działań, a dokładniej rzecz ujmując działań pana Karla Fairburne’a, bo tym właśnie dźwięcznym imieniem obdarzono głównego protagonistę tytułu, jest umożliwienie i zabezpieczenie ucieczki niemieckich naukowców do USA. Jak to jednak zwykle bywa, rzecz okazuje się być sprawą bardziej skomplikowaną. Niestety, nawet nagłe i wyjątkowo liczne zwroty akcji nie były w stanie zainteresować mnie historią, o której można powiedzieć po prostu tyle, że jest. Fabuła jednak nie sili się na odkrywczość i innowacyjność, radząc sobie wyjątkowo dobrze jako tło do poczynań tytułowego snajpera. Nie stara się nawet manifestować swojej obecności. Wyłączając nieliczne cut-scenki, cała zaprezentowana została za pośrednictwem miałkich slajdów, stanowiących swoistą odprawę do misji. Nie o nią jednak przecież w „Sniper Elite V2″ chodzi. Wątpię szczerze, by ktokolwiek odpalał grę studia Rebellion w celu poznania dalszych losów Karla. Główne danie i pożywka, z której należałoby czerpać frajdę to przecież możliwość wcielenia się w postać snajpera. I to akurat recenzowanemu tytułowi wychodzi bardzo dobrze.

W przeważającej większości misje opatrzone zostały podobnym schematem. Poruszamy się kolejno od punktu do punktu, by w momencie kulminacyjnym danego zadania umieścić kulkę w ciele jakiegoś bardzo istotnego z punktu widzenia fabuły niemilca. Na drodze do naszego celu staje na przeciw nam armia niemieckich lub sowieckich żołnierzy. Sposób, w jaki poradzimy sobie z przeciwnikami zależy już tylko od nas. Oczywiście, wszystko rozwiązać można za pomocą brutalnej i prymitywnej siły, tu w postaci dostępnego w naszym arsenale pistoletu maszynowego. Jednak jest to rozwiązanie działające na krótką metę, i warte rozważania tylko i wyłącznie na niższych poziomach trudności. Wyzwanie, jakie stanowią wrogowie, gdy odpalamy ten najwyższy, jest wprost proporcjonalne do satysfakcji z pomyślnego wykonania misji. A przyznać trzeba, że „Sniper” to jedna z tych gier, w których frajda i radość z rozgrywki czerpana jest z każdego udanego wykorzystania cech danej mapy i poziomu. Masterowanie skrytobójczych zdolności powiązane jest tu nierozerwalnie z miodnością. Osobiście uwielbiam produkcje wymagające ode mnie zaangażowania, które wynagrodzone zostaje takim rozwojem sytuacji, jaki sobie sam zaplanowałem. Recenzowana gra na tym polu prezentuje się naprawdę nieźle, wykazując jednak pewne zgrzyty w swym działaniu, które niestety znacząco potrafią zepsuć zabawę. Ale o tym za chwilę.

Nie ma się co oszukiwać. „Sniper Elite V2” wymaga myślenia. Przeciwnicy nie dają sobie w kaszę dmuchać, a i bohater nie należy do najtwardszych. Jedna celna seria z pistoletu maszynowego i nasz amerykański strzelec wyborowy już ochoczo puka do bram niebios, rozstając się raz na zawsze ze swoim materialnym wcieleniem. Skoro bezpośrednia droga eliminacji wrogów zawodzi, należy działać tak, jak na prawdziwego snajpera z krwi i kości przystało. Analiza, planowanie i mozolne wykonywanie wcześniej obmyślanego schematu działania to cechy charakteryzujące rozgrywkę w recenzowanym tytule. Niewątpliwie przydatna do tego wydaje się być lornetka, którą odnaleźć można w arsenale Karla. Wreszcie po wielu latach od jej implementacji w gatunku shooter’ów znalazła jakieś zastosowanie. Awansuje wręcz na sam piedestał w hierarchii przydatności, stając się narzędziem niezbędnym do sukcesywnej eliminacji wrogów. To za jej pomocą dokonać możemy rozeznania i oceny sytuacji w jakiej znajduje się nasz podatny na ołów protagonista, a na odpowiednich ustawieniach zabawy służy również jako ułatwienie, za pomocą którego oznaczamy przeciwników. Przeglądając kieszenie naszego wojaka, poza lornetką, natknąć się możemy na materiały wybuchowe uaktywniane za pomocą rozpiętej na drodze wroga linki, dynamit, granaty, pistolet maszynowy o bardzo limitowanej amunicji, o którym zdarzyło mi się już wspomnieć, czy wreszcie miny, które umieszczone pod ciałami przeciwników służą za idealne pułapki. Ciekawie wygląda kwestia operowania zwłokami zabitych żołnierzy. Umieszczone w odpowiednich punktów służyć mogą za przynęty, co dodatkowo podkręca klimat i taktyczne podejście do rozgrywki. Karl ma też coś z małego psotnika i lubi od czasu do czasu rzucić kamieniem. Dźwięk takowego, odbijającego się od otoczenia spełnia rolę wabika.

Mianem elementu o podwyższonym stopniu klimatyczności, budującym atmosferę towarzyszącą rozgrywce, ogłaszam wszem i wobec dźwięki otoczenia. Dźwięki nie byle jakie, bo „wyciszające” działania Karla. Motyw synchronizowania wystrzału broni z odgłosem warkotu przelatujących samolotów jest po prostu mistrzowski. A wszystko to, by nasz wojak uniknął wykrycia przez Niemców i odpowiednio zamaskował swoje ruchy. Cóż jednak z tego, że akurat ta opcja funkcjonuje bardzo dobrze, jeśli zawodzą inne składniki zabawy w ukryciu.

Tytuł Rebellion mocno bazuje na elementach skradankowych, dlatego też i ich jakość odgrywa znaczącą rolę. Większość czasu spędzimy w przykucniętej pozycji, co po pewnym czasie irytuje. Główny bohater do najszybszych nie należy, a pochyleni, kiedy nasza mobilność jest dodatkowo ograniczona, przemierzamy naprawdę znaczne dystanse. Za taki wygląd rzeczy odpowiada także AI przeciwników. Niestety, sztuczna inteligencja zawodzi i to w dodatku dwubiegunowo. Z jednej strony przechadzający się tu i ówdzie żołnierze, wrodzy bohaterowi „Sniper…”, wydają się być produktami mariażu Supermana i Wonderwoman. Zdarza im się wykazywać skłonności do nadużywania swych supermocy. Nieraz potrafią usłyszeć niesłyszalne i dostrzec, zdawałoby się, niedostrzegalne. Potrafią przykładowo zauważyć tylko sobie znanym sposobem ruch snajpera, przemykającego pomiędzy budynkami gdzieś w odległości 500 metrów od ich pozycji. Jest to o tyle nieprzyjemne, że skurczybyki są wyjątkowo pamiętliwi i po jednorazowym wzbudzeniu alarmu na danym obszarze, przeciwnicy nie spoczną, dopóki nie zlikwidują istoty zakłócającej ich przemiłą egzystencję w realiach upadającego Berlina. Z drugiej strony, adwersarze potrafią zachowywać się wyjątkowo głupio ustawiając się na linii strzału oraz nie kwapiąc się zbytnio przed podchodzeniem do pozycji, w której znajduje się snajper, co mogłoby oczywiście być dla bohatera zabójcze. Zdarza się, że ich desperacja sięga zenitu i zaczynają wesołą zabawę w ciuciubabkę, biegając w kółko wśród umocnień, naprzemiennie wychylając się, to znów chowając, byleby tylko znaleźć się po drugiej stronie i wygodnie rozłożyć swoje cztery kończyny w łódce przemierzającej wody Styksu.

Inteligencja wrogów to nie jedyny problem tytułu. Trudno jest się zachwycać elementami stealth, kiedy coś tak podstawowego jak broń z tłumikiem nie funkcjonuje do końca prawidłowo. Wielokrotnie miałem problemy z celnością, która w produkcjach nastawionych na działanie w ukryciu jest na wagę złota. Stanu rzeczy nie poprawia brak noża w wyposażeniu Karla. Jest to tym boleśniejsze, że egzekucje dokonywane za pomocą tego narzędzia stały się już standardem w grach wideo.

Wszystko schodzi na dalszy plan w momencie, kiedy bohater bierze w swoje łapki karabin snajperski, usadawia się wygodnie na strategicznej pozycji i spogląda na świat z perspektywy celownika optycznego. wybranie ofiary. Wstrzymanie oddechu. Strzał… Nie znalazłem przyjemniejszego uczucia, niż to towarzyszące kolejnym celnym i zabójczym trafieniom posyłanym przeciwnikom. Pociski penetrują ciała, łamią kości, przebijają organy. Słowem – orgia zniszczenia, przemocy i brutalności, którą potęguje niezwykle satysfakcjonujący tryb „kamery śmierci”. Prezentuje on lot pocisku i ostatnie chwile delikwenta, w którego wycelowana była broń. Jest on o tyle zadowalający, że działa podobnie jak X-Ray w najnowszym Mortal Kombat. Podobnie również jak on, nigdy się nie nudzi. Z nieukrywaną radością obserwowałem ołowiany pocisk przebijający serce, płuca, czaszkę, czy nawet jądra. Niespełnieni sadyści są bardzo mile widzianymi odbiorcami tytułu.

Mechanika snajperskiego fachu przedstawiona została z dużą dozą realizmu. Grając z wyłączonymi wspomagaczami i wzorowanym na prawdziwym działaniu karabinu trzeba wziąć pod uwagę odległość, prędkość i kierunek wiatru oraz szybkość, z jaką kula opuszcza lufę, a nawet, co zaliczam niewątpliwie in plus, tętno. Po szybkiej zmianie lokalizacji i krótkiej przebieżce niemożliwe jest oddanie precyzyjnego strzału.

Oprócz trybu dla pojedynczego gracza Rebellion przygotował urozmaicenie w postaci kooperacji. Do gry zaprosić można znajomego, który wspomoże naszego dzielnego protagonistę. Historia, czy poszczególne misje w żaden znaczący sposób nie różnią się od tych zaprezentowanych w singleplayerze. Nawet cut-scenki pozostają identyczne. Głównym i jedynym ich bohaterem nadal jest Karl. Nie przeszkadza to jednak w czerpaniu frajdy z online’owej kampanii. Tytuł niewątpliwe zyskuje w obliczu wspólnej zabawy, bowiem żywy pomocnik, wspierający nas w działaniach poza linią frontu, to niesamowite urozmaicenie rozgrywki. Przed graczami otwarta zostaje droga do ogroma nowych opcji oraz rozwiązań taktycznych. Dość wspomnieć o możliwości flankowania przyczajonych szkopów, wzajemnego osłaniania się, czy dokonywania zsynchronizowanych egzekucji. Uwierzcie lub nie, ale zdejmowanie przeciwników wespół ze znajomym, który za pomocą lornetki przeczesuje teren i raportuje o kolejnych patrolach, niesamowicie podkręca klimat i pozwala złapać prawdziwą „wczuwę”. Po czymś takim człowieka nachodzi ochota na wesołe bieganie po lesie z plastikowym karabinem.

Wart odnotowania jest fakt, że poziom trudności kampanii, kiedy rozgrywamy ją wraz z innym graczem, drastycznie spada. Liczba przeciwników nie jest skalowana (tak przynajmniej wynika z moich obserwacji), co jednak będzie przeszkadzać wyłącznie bardzo perfidnym malkontentom, którzy z dużą drobiazgowością wytykają światu wszelkie nieprawidłowości.

Internetowa kampania to jednak nie wszystko, gdy mowa o sieczce przeznaczonej dla dwóch graczy. Jakby mało jeszcze było dodatkowych w stosunku do single’owej zabawy podniet, twórcy zaimplementowali tryby Kill Tally, działający na zasadach identycznych do hordy (akcje rodem z Bękartów Wojny zaimplementowane), Bombing Run, gdzie kolekcjonujemy kolejne części służące do naprawy pojazdu, oraz Overwatch, któremu warto poświęcić kilka zdań – na papierze bowiem prezentuje się całkiem interesująco. Jeden gracz wciela się w rolę snajpera, drugi, z bronią maszynową w łapach, w postać szeregowego żołnierza amerykańskiej armii. Pierwszy, usadowiony wygodnie w oknie jakiegoś wyróżniającego się elementu krajobrazu, celuje ze swojej długodystansowej broni do nacierających fal przeciwników, które co i raz częstuje ołowiem znajomy, wałęsający się „na dole” wśród prowizorycznych osłon i wykonujący kolejne zadania wpisane w schemat „przynieś, zanieś, pozamiataj”. Pomysł twórców iście genialny, gdyż wydawałoby się, że kluczem do jak najdłuższej obrony jest skuteczna współpraca graczy. Rzeczywistość jest jednak bardziej prozaiczna. Pozbawiony broni długodystansowej gracz jest zdany tylko i wyłącznie na łaskę tego obserwującego całą okolicę z perspektywy lunety karabinu snajperskiego. Współdziałania tu mało, a i rozgrywka sprowadzona do prostego schematu biegania z „ogonem” złożonym z niemieckich żołnierzy, których kolejno posyła na tamten świat grający postacią snajpera, szybko nudzi i przestaje bawić. W kwestii kooperacji najjaśniej świeci gwiazda wspomnianego wcześniej Bombing Run. Niepozorny tryb wyrasta na prawdziwego killera. Emocje towarzyszące zabieraniu spod nosa niemieckich żołnierzy fragmentów wehikułu trudno porównać z czymkolwiek, co zawarte zostało na płytce z grą. Współpraca wysuwa się tu na pierwszy plan. Jedynie efektywne i zsynchronizowane działanie graczy zapewni im sukces w nierównym starciu z setkami luf niemieckich MP 40.

Z rzadka napalam się na rozgrywkę multiplayer. To singiel stanowi dla mnie główne danie i pożywkę, z której czerpię prawdziwą frajdę.

Wielkich fajerwerków po zabawie dla kilku graczy się nie spodziewałem. Cóż bowiem ciekawego oferować może FPP ze snajperem w roli głównej? Moje przewidywania okazały się całkowicie słuszne. Zostałem nawet niemile zaskoczony, bowiem to, co dane mi było zobaczyć i sprawdzić w akcji, przerosło moje najśmielsze wyobrażenia dotyczące mozolności wieloosobowej zabawy. Gracze mają do dyspozycji całe dwa tryby. Pojawiają się oczywiście standardowe deathmatch i team deathmatch. O ile kooperacja, o której wspomniałem wcześniej bawi i stanowi ciekawe urozmaicenie samotnej gry, tak drugie oblicze internetowej zabawy zawodzi na całej linii. Oddane w ręce graczy miejscówki to w głównej mierze mapy o otwartej strukturze, pełne kryjówek, kryjóweczek, najróżniejszych nor, skrytek, schowków – w skrócie miejsce wymarzone dla snajpera. Wyobraźcie sobie teraz 12 osób, które przez kilkadziesiąt minut czyhają w bezruchu na manewr przeciwników. No właśnie… Rozgrywka przypomina partię szachów. Na palcach jednej ręki policzyć mogę momenty, w których zabawa była dynamiczna, wciągająca i przesycona nagłymi i niespodziewanymi wymianami ognia. Nawet kolejny odcinek „Mody na sukces” uznać można za fascynujący w obliczu 30 minut kucania naszym wirtualnym herosem w jednej i tej samej pozycji, aby tylko zbytnio się nie wychylić i ewentualnie narazić na śmiertelny strzał.

Oprawa audiowizualna stoi na przyzwoitym poziomie. Fajerwerków graficznych brak, ale nie ma też mankamentów, co do których można by było mieć większe zastrzeżenia. Niekiedy natknąć się można na rozmyte, czy rozjechane tekstury, które jednak nie rzucają się zbytnio w oczy. I tak większość czasu spędzimy za lunetą karabinu snajperskiego, czy obiektywu lornetki. Muzyka jest nastrojowa i wprowadza w odpowiedni klimat. Ot, dobrze wykonana rzemieślnicza robota.

PODSUMOWANIE

„Sniperowi” wiele brakuje do miana tytułu idealnego. Wątpię szczerze, by w pamięci graczy zapisał się jako doskonała skradanka, niezły shooter, czy porządny, oddający realizm symulator. Nie oznacza to jednak, że miałem nieprzyjemność ze słabym produktem wątpliwej jakości, przereklamowanym, nadającym się najwyżej na przemiał. Mimo, że w żadnej z wymienionych wcześniej dyscyplin (o ile w taki sportowy sposób spojrzeć można na gatunki gier wideo) znacząco się nie wyróżnia, jako całość wygląda naprawdę interesująco. Poszczególne fragmenty składają się na tytuł przyjemny, niesamowicie grywalny, wypełniony pokładami fun’u i zabawy.

Szansę Rebellion wykorzystał, wypełniając lukę w current-genowej biblioteczce graczy. Przymknąć oko można na liniowe w swej strukturze mapy, zawodne AI, wszędobylskie sktrypty, momentami niedomagającą grafikę. Także i tryby online, bawiące trochę mniej, niż w teorii powinny, schodzą na dalszy plan. Zwolnienie akcji, przeciągający się w nieskończoność, przeszywający uszy huk wystrzału i pocisk, dumny w swym locie, niezrażony wojenną zawieruchą, który przecina powietrze, by odebrać życie ofierze. Piękno jeszcze nigdy nie miało tak brutalnego oblicza. Mogę zagwarantować wam, że emocje, które wzbudza pierwszy celny strzał oddany za pomocą karabinu snajperskiego Karla Fairburne’a, towarzyszyć będą także każdemu kolejnemu. Pan życia i śmierci bowiem wypatruje swych następnych ofiar przez okular celownika optycznego.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Marvel's Avengers