Recenzja „Spec Ops: The Line”

Historia marki Spec Ops sięga jeszcze poprzedniego wieku. Nie będę ukrywał jednak, że usłyszałem o niej dopiero dwa lata, kiedy zostałem zaproszony na pokaz gry podczas targów w Kolonii. Nie ma to jednak dużego znaczenia, gdyż od ostatniego Spec Opsa (wydanego notabene dekadę temu) zmieniło się praktycznie wszystko – producent, wydawca oraz sama gra, która poza tytułem z poprzedniczkami nie ma nic wspólnego. The Line jest nową wojenną historią, przedstawiającą wydarzenia z trochę innej strony niż produkcje o tej tematyce wydane w przeciągu ostatnich lat.

NIEUDANA EWAKUACJA – FABUŁA

W The Line bowiem nie wcielamy w kolejnego amerykańskiego bohatera, który został wysłany do zniszczonego Dubaju w celu wybicia wszystkich wrogo nastawionych tubylców i uratowania rodaków. Martin Walker wraz ze swoimi towarzyszami ma za zadanie jedynie dowiedzieć się, co stało się z Johnem Konradem i jego elitarnym oddziałem trzydziestym trzecim, któremu nie powiodła się ewakuacja miasta, a wszelka łączność została zerwana. Prawda okazuje się o wiele bardziej skomplikowana niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Dowodzony przez gracza oddział Delta odkrywa, że wśród Amerykanów doszło do podziałów, utworzyli oni swoiste quasi-państwo, gdzie wszelkie konflikty rozwiązuje się siłą. W zdewastowanym Dubaju doszło do walki o wpływy, walczące grupy starały podporządkować sobie miejscowych szmuglerów i przestępców, kończąca się powoli woda dodatkowo zaogniła napiętą sytuację, a w najgorszym położeniu znalazła się ocalała ludność, traktowana teraz jak karta przetargowa i zamykana w obozowiskach. Sytuacja wymknęła się spod kontroli, a Walker zlekceważył pierwotne rozkazy i postanowił odkryć, co doprowadziło do obecnego stanu, poznając przy tym straszną prawdę nie tylko o Dubaju, ale i o samym sobie.

Fabuła nowego Spec Opsa jest bardzo dojrzała i pokazuje, jak człowiek może zmienić się ze względu na zaistniałą sytuację i chęć dążenia do wyznaczonego celu. Jeśli powyższy opis nasunął Wam na myśl skojarzenia z doskonałą powieścią Jądro Ciemności czy nawiązującym do niej filmem Czas Apokalipsy to trafiliście w dziesiątkę – nawet nazwisko dowódcy Oddziału 33 nie jest przypadkowe (autorem Jądra Ciemności jest przecież Joseph Konrad). Historia traktuje przede wszystkim o ludzkiej psychice i wyzwalaniu ukrytych instynktów, a nie o sile trzymanych w dłoniach karabinów. Autorzy nie bali się zaprezentować naprawdę mocnych scen – co rusz napotykamy miejsca egzekucji, masowe groby czy zabitą ludność cywilną, i to nie tylko mężczyzn, ale także kobiety i dzieci. Komentarze rzucane przez Walkera i jego kompanów podczas odkrywania kolejnych dowodów na brutalność wojny tylko potęgują klimat i pozwalają utożsamić się z postacią, poczuć, jakbyśmy to my przemierzali zniszczony przez naturę – a niegdyś piękny – Dubaj. Wrażenie to potęgują też wybory moralne, przed którymi stajemy – nie są one jednak prostolinijne i zwykle musimy zdecydować się na mniejsze zło, co z kolei skłania do zajrzenia w głąb własnego sumienia. Zabić płonącego towarzysza, skracając jego cierpienie czy zostawić go, aby zginął w męczarniach? Uratować zakładników czy żołnierza, który może posiadać istotne informacje na temat wydarzeń? To tylko przykłady, i choć wybór takiej lub innej ścieżki nie wpływa bezpośrednio na historię, która i tak zmierza do z góry ustalonego finału, uatrakcyjnia ją i sprawia, że przeżywamy ją wraz z wirtualnymi postaciami. Fabuła trzyma cały czas w napięciu i zawiera zaskakujące zwroty akcji, a zakończenie jest jednym z lepszych, jakie przyszło mi oglądać na tej generacji. Naprawdę, dla samej kampanii, jej dojrzałości, warto w The Line zagrać. Scenarzyści spisali się na medal.

PIACHEM PO OCZACH – ROZGRYWKA

W kwestii rozgrywki gra już się tak nie wyróżnia, choć i tak posiada kilka fajnych patentów. Jeśli graliście choćby w ostatniego Maxa Payne’a czy serię Uncharted lub xboxowego Gears of War, podobny schemat rozgrywki znajdziecie właśnie w The Line. Przez piętnaście rozdziałów walczymy z różnej maści przeciwnikami, ostrzeliwując ich zza osłon z kilkunastu rodzajów pukawek – od zwykłych pistoletów przez karabiny, shotguny, na snajperkach i granatnikach kończąc. Starcia są dynamiczne poprzez mobilność wrogów oraz różnorodność rozgrywki – co jakiś czas przyjdzie nam użyć wieżyczki bojowej, postrzelać z pojazdów, przejechać się po linie, odpierać fale przeciwników aż do przybycia posiłków/otwarcia zamkniętych drzwi czy po prostu zaznać chwili spokoju poruszając się powoli po opuszczonych pomieszczeniach lub nagrzanym od słońca piachu. Na trudnym poziomie kampanię ukończyłem w około siedem godzin (a niektóre fragmenty potrafią zwiększyć ciśnienie) i nie nudziłem się ani przez moment.

Jako że podczas rozgrywki towarzyszy nam dwóch kompanów – Adams i Lugo – możemy wykorzystać ich do walki, wydając im proste polecenia. Wciskając R2 i nakierowując specjalny wskaźnik na przeciwnika, rozkazujemy kompanowi jego eliminację. Co ważne, rozkazy trzeba wydawać z głową, bo jeśli wystawimy członka oddziału na ostrzał, ten oberwie, a my w określonym czasie będziemy musieli go uzdrowić (choć można wydać też odpowiedni rozkaz ku temu). Patent dowodzenia wykorzystuje się w sposób intuicyjny i z pewnością wpływa pozytywnie na toczone starcia.

Ważną rolę w potyczkach odgrywa też piach – wszak akcja dzieje się w środku pustyni. Prowadzi to do tego, że nieraz stoczymy walki otoczeni unoszącym się w powietrzu piachem, skutecznie ograniczającym widoczność. W pewnym miejscach natomiast będziemy świadkami, jak szyby nie wytrzymują naporu piachu i ten wsypuje się do środka, zasypując nic nieświadomych przeciwników. Ponadto, rzucając granat na piach, powoduje on swoistą zasłonę dymną, dezorientującą wrogów.

Samych przeciwników jest kilka rodzajów – walczymy zarówno ze słabiej uzbrojonymi tubylcami, jak i amerykańskimi żołnierzami różnej maści: dzierżących w dłoniach karabiny maszynowe lub snajperki oraz takimi cięższego kalibru, uzbrojonych od głów do stóp. I choć starają się oni zmieniać pozycje i wrzucać granaty, kiedy zbyt długo kryjemy się za osłoną, ich inteligencja czasem zawodzi – stoją jak kołki, kiedy ich trafiamy lub nie zauważają, że zaszliśmy ich od tyłu i że zabiliśmy z zaskoczenia ich towarzyszów broni. Na szczęście są to raczej jednostkowe przypadki niż reguła.

W grze niestety nie ma trybu kooperacji (choć ten ma zostać dodany w sierpniu w formie bezpłatnego dodatku), jest jednak tryb multiplayer. Nie będę się nad nim rozwodził, gdyż tryb sieciowy nie wyróżnia się niczym szczególnym i raczej umrze śmiercią naturalną w kilka miesięcy po premierze – The Line to przede wszystkim zabawa dla pojedynczego gracza. Jednak dla chętnych czekają standardowe tryby, poziomy do odblokowania, możliwość tworzenia własnych zestawów uzbrojenia czy wybrania frakcji. Na serwerze może grać maksymalnie ośmiu graczy, zaś mapki to lekko przebudowane poziomy z kampanii, wraz ze wszystkimi elementami – można więc zjeżdżać na linach, strzelać z wieżyczek czy toczyć pojedynki podczas piaskowych zamieci. Z dołączaniem do rozgrywki nie miałem żadnych problemów, tak samo nie napotkałem żadnych lagów, jednak dwa razy rozgrywka zakończyła się przedwcześnie z powodu problemów z połączeniem. Multi na pewno nie można uznać za wadę, ale za dużą zaletę również nie – po prostu jest.

ZIARNKO DO ZIARNKA – OPRAWA I TECHNIKALIA

Oprawa graficzna produkcji nie należy do ścisłej czołówki – nie kłuje po oczach, jednak z bliska tekstury wyglądają tak sobie, poziomy są mało szczegółowe. Na szczęście odwiedzane lokacje są różnorodne – przemierzamy zarówno otwarte przestrzenie, jak i zaciemnione budynki czy wysokie drapacze chmur z Burj Dubaj na czele – panorama zasypanego Dubaju oglądana z osiemdziesiątego piętra naprawdę robi wrażenie. Natomiast, jeśli chodzi o najważniejszy element produkcji, czyli piasek, wygląda on dobrze, ale nic poza tym – ten z Uncharted 3 zrobił na mnie o wiele większe wrażenie. Bardzo dokładnie oddano natomiast modele postaci – przede wszystkim członków naszego oddziału, choć przeciwnicy to kopiuj-wklej. Podczas rozgrywki uświadczyłem też kilka wpadek technicznych: między innymi raz czy dwa utknąłem w ścianie lub ciało przeciwnika po śmierci zachowywało się w nienaturalny sposób. Ale to to tylko niuanse.

Bardzo podobała mi się ścieżka dźwiękowa. Poczynając od specyficznie wykonanego amerykańskiego hymnu w menu, po cięższe, a nawet dyskotekowe brzmienia podczas właściwej rozgrywki – wszystkie utwory dodają akcji dynamizmu lub dramatyzmu. Dubbing również wykonano na najwyższym poziomie, na czele z Nolanem Northem w roli głównego bohatera.

Podsumowanie

Spec Ops: The Line opowiada doskonałą historię, ukazującą wojenny konflikt z nieco innej strony – od strony tego, co dzieje się w głowach żołnierzy. Nie boję się stwierdzenia, że jest to jedna z lepszych fabuł – a jeśli o gry stricte wojenne chodzi to na pewno – na obecnej generacji konsol. Chociażby dlatego warto najnowszą grą studia Yager się zainteresować, choć oczywiście rozgrywka dostarcza naprawdę sporo frajdy. Gra zawiodła jedynie w kwestiach sieciowych oraz po części technicznych, ale przy pierwszym podejściu ciężko się od niej oderwać i za wszelką cenę chce się dotrzeć do końca, aby odkryć prawdę o Dubaju. Nowy Spec Ops to naprawdę gorące rozpoczęcie wakacji.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Dreams