Recenzja „Spyro Reignited Trilogy”

Kiedy w czerwcu ubiegłego roku miałem okazję zagrać w odświeżoną trylogię Crasha Bandicoota była to dla mnie okazja by lepiej poznać skocznego jamraja, gdyż za czasów pierwszego PlayStation nie miałem takiej okazji. Ze Spyro jest zgoła inaczej. Jako dzieciak spędziłem z fioletowym smokiem sporo czasu, czyszcząc plansze ze wszystkich porozrzucanych po niej diamentów. Dzięki Activision oraz Toys For Bob mam okazję wyzbierać je po raz kolejny, w całkowicie nowej oprawie graficznej, przy okazji przypominając sobie weekendy spędzone u babci przed kineskopowym telewizorem.

Oznacza to, że mogę być delikatnie nieobiektywny przy pisaniu niniejszej recenzji. Spyro to powiem nieodłączny symbol mojego growego dzieciństwa, który w dużym stopniu ukształtował mnie, jako gracza, a właśnie plaformówki są jednym z moich ulubionych gatunków. Czy trylogia Spyro jest tak dobra, jak prawie 20 lat temu?

Podobnie jak było to w przypadku wspominanego już Crasha, Activision zdecydowało się na pełnoprawny remake – szkielet rozgrywki pozostał nietknięty, zmieniła się jedynie oprawa, którą przystosowano do obecnych standardów. Nie chodzi oczywiście o zwykłe poprawienie rozdzielczości tekstur, ale wymodelowanie wszystkich obiektów na nowo. Dzięki temu Spyro wygląda naprawdę fenomenalnie, a wraz z nim cała plejada innych postaci z uniwersum fioletowego smoka, zarówno jego wierni towarzysze, jak i przeciwnicy. Robotę, jaką włożyło studio widać już w pierwszych minutach spędzonych z grą, kiedy spotykamy pierwszego, zamienionego w kryształ smoka, a zaraz kolejnego. Na pierwszym PlayStation wyglądali i ruszali się oni biednie, teraz każdy z nich (a jest ich ogółem kilkadziesiąt) jest inny, posiada odmienny kolor łusek, posturę, strój czy animację. Podobnie plansze, choć pewnie niektórzy z was znają je na pamięć, dzięki nowej grafice poznawać je będą całkowicie na nowo, szczególnie, że zostały one wzbogacone o całą masę szczegółów. Gra po prostu niesamowicie wypiękniała, jest bardzo kolorowa, dominują ciepłe, pastelowe barwy, na które przyjemnie się patrzy.

Reignited Trilogy, jak sama nazwa wskazuje, to trylogia, w związku z czym mamy okazję zagrać w trzy pierwsze części przygód Spyro: wydane w 1998 roku Spyro the Dragon, Spyro 2: Ripto’s Rage! z 1999 roku oraz wydane rok później Spyro: Year of the Dragon. Wszystkie trzy pozycje to typowe platformówki, w których naszym celem jest kolekcjonowanie różnych znajdziek, a ich zbieranie z kolei powoduje, że kolejne światy stają przed nami otworem. Całe to zbieractwo uzasadnione jest oczywiście fabularnie. W pierwszej części Gnieznośny Gnorek wpada w szał i zamienia wszystkie, zamieszkujące smoczą krainę smoki w kryształ, a Spyro rusza im na ratunek by z tego kryształu ich uwolnić; w dwójce kolekcjonujemy zielone orby by zyskać odpowiednią moc i przepędzić z innego świata nieproszonego gościa – czarnoksiężnika Ripto i jego przygłupią świtę; w końcu w trzeciej części mierzymy się z Czarownicą i szukamy zrabowanych przez nią i jej zajęczą pomocnicę smoczych jaj. Wszystkie opowieści poznajemy za sprawą krótkich, zabawnych i przede wszystkim świetnie animowanych scenek przerywnikowych okraszonych, czego w oryginalne nie uświadczyliśmy, polskimi głosami. Dubbing wyszedł bardzo dobrze, a wszystkie klipy ogląda się niczym film Pixara.

Jak się jednak w Spyro gra? Fioletowy smok ma podstawowy wachlarz ruchów, z których trzeba korzystać, aby przedzierać się przez kolejne platformy. Podstawowymi umiejętnościami bohatera jest zianie ogniem, szybowanie i szarża, jednakże potem można nauczyć się nowych, jak chociażby nurkowanie czy rozbijanie przedmiotów łbem, ale to dopiero w drugiej części. Wszak Reignated Trilogy jest wierne oryginałowi i dopiero w sequelu z 1999 roku dodano nabywanie nowych zdolności. W jedynce od początku do końca korzystamy z tego samego zestawu ruchów, co powoduje równocześnie, że jest to odsłona najmniej różnorodna i najprostsza, stanowiąca idealne wprowadzenie do zawierających więcej możliwości części drugiej i trzeciej. A w nich dzieje się, dzieje! Nie dość, że gry są dłuższe od pierwowzoru to znalazło się w nich miejsce m. in. dla wyzwań, polegających na ogół na zabijaniu odpowiedniej liczby przeciwników, rozwiązywaniu łamigłówek czy dopadnięciu uciekinierów z cennym artefaktem, ale także tych bardziej oryginalnych. Chyba każdy, kto grał w oryginalne gry pamięta chociażby grę w hokeja, poszukiwania ołówka dla Profesora czy… wyczynową jazdę na deskorolce niczym w Tony Hawk’s Pro Skater. W Ripto’s Rage! oraz Year of the Dragon także znacznie ciekawsze są walki z bossami, które składają się najczęściej z kilku etapów i potrafią być miejscami wymagające, kiedy w części pierwszej starcie z szefem nie różni się zbytnio od tych ze zwykłymi wrogami. We wszystkich częściach natomiast mamy okazję nieco sobie polatać (i przy okazji napsuć sobie krwi) w specjalnych sekcjach, gdzie zdmuchujemy płomieniem po trzydzieści dwa przedmioty, co jednak – dzięki znacznie bardziej intuicyjnemu sterowaniu – nie jest aż tak trudne, jak to dwadzieścia lat temu bywało. Ogólnie rzecz biorąc, we wszystkich trzech częściach odwiedzamy ponad pięćdziesiąt unikalnych lokacji umiejscowionych w różnym okresie, jak i cechujących się unikalnym klimatem – od prehistorycznych wulkanów po nowoczesne miasto. Spotykamy w nich całą gamę przyjaznych, jak i tych mniej przyjaznych postaci, a, co najważniejsze, o atrakcje nie ma co się martwić, bo nawet pod sam koniec przygody produkcja potrafi zaskoczyć, co jest jednak zasługą Insomniac Games, a nie Toys for Bob.

Ci ostatni bowiem, jak już wspominałem, do rozgrywki nie wprowadzali żadnych zmian, no, może poza drobnostkami. Na przykład teraz w każdej części, po wciśnięciu R3, nasz wierny towarzysz Sparx wskazuje nam kierunek, gdzie powinniśmy szukać diamentów, których na danym poziomie nie zebraliśmy. Oczywiście, to tylko wskazówka, bo aby dotrzeć do nich trzeba czasem pokombinować. O bardziej intuicyjnym sterowaniu wspomniałem, dodano również możliwość szybkiej podróży pomiędzy odkrytymi poziomami bez konieczności biegania po świecie gry do kolejnych bram. Minusik natomiast należy się za zbyt długie loadingi (dłuższe niż na PSOne!) oraz brak sześćdziesięciu klatek animacji na sekundę. Aha, co może zaskoczyć, wszystkich gier nie ma na płycie. Pomimo że tytuł możemy kupić w pudełku, na płycie znajduje się tylko pierwsza część gry, pozostałe dwie trzeba pobrać z PlayStation Store. Podobno się nie zmieściły…

Podsumowanie

Cóż mogę napisać w podsumowaniu. Dzięki Reignited Trilogy przez około dwadzieścia godzin miałem okazję ponownie pozbierać orby i diamenty w kolorowej, godnej obecnej generacji konsol oprawie graficznej. Właśnie tak powinno robić się remastery, dzięki czemu dzieciaki mogą świetnie się bawić i poznać pociesznego, fioletowego smoka i towarzyszącą mu przy boku ważkę, a takie stare konie jak ja przypomnieć sobie beztroskie czasy dzieciństwa. A w kolejce czeka już Sir Daniel Fortesque.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Kingdom Hearts III