Recenzja „Star Wars Jedi: Upadły Zakon”

Gwiezdne Wojny, choć są bez wątpienia jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek na świecie, mają zmienne szczęście w branży gier wideo, szczególnie, jeśli chodzi o tytuły singleplayerowe. Bo o ile rzeczywiście ostatnio otrzymaliśmy całkiem niezłego, multiplayerowego Battlefronta (choć też borykającego się z pewnymi problemami), tak wcześniej, jeśli chodzi o gry stricte dla jednego gracza, można by w zasadzie wyróżnić obie części The Force Unleashed (2008 i 2010 rok), a jeszcze wcześniej erpegi spod szyldu Knights of the Old Republic (2003 i 2005) czy serię Jedi Knight (2002 i 2003). W końcu jednak, po wielu latach oczekiwania, fani Star Warsów otrzymali grę, w której moc jest naprawdę silna.

Upadły Zakon to tytuł stworzony przez Respawn Entertainment. Akcja gry została osadzona niedługo wydarzeniach z trzeciego, filmowego epizodu – Zemsty Sithów. Wcielamy się w niedoszłego rycerza Jedi, padawana Cala Kestisa, któremu jakiś cudem udało się przetrwać Rozkaz 66 i jest zmuszony ukrywać się gdzieś na rubieżach galaktyki, nie ujawniając swojej prawdziwej tożsamości. Niestety, Imperium nie ma zamiaru odpuścić i wysyła w pościg za niedobitkami inkwizytorów, a raczej… inkwizytorki, nazywane w grze Siostrami. Siostry potrafią świetnie władać mieczem świetlnym i mocą, więc stanowią realne zagrożenie. Jednej z nich udaje dotrzeć się do Cala, który zmuszony jest uciekać – na szczęście nie sam, bo pomocną dłoń wyciąga do niego załoga pewnego statku i razem opuszczają nieprzyjazną Braccę.

Tak rozpoczyna się kolejna przygoda w gwiezdnym uniwersum, którą, do tego, śledzi się z przyjemnością. Scenariusz to nie tylko ucieczka przed Imperium, można powiedzieć, że wręcz przeciwnie, ale także próba rozwikłania pewnej tajemnicy, dzięki której istnieje szansa na odbudowę zakonu Jedi. Głównego bohatera da się lubić, napotykane postacie są ciekawe, a przedstawione wydarzenia potrafią zaskoczyć. W czasie scenek przerywnikowych nie zabrakło miejsca zarówno dla humorystycznych wstawek, jak i nieco poważniejszych moralizatorskich dialogów. Moje serce skradł jednak BD-1, niezwykle pomocny robocik towarzyszący Calowi przez całą wyprawę. Jest chyba najbardziej „żywym” w zestawieniu z R2-D2 czy BB-8. Co jednak najważniejsze, przez całą, kilkunastogodzinną przygodę klimat Gwiezdnych Wojen wręcz wylewa się z ekranu, a twórcom udało oddać się ducha uniwersum. Szczególnie, że w tytule sporo jest nawiązań do wydarzeń znanych chociażby z filmów, niektóre z nich oglądać możemy z nowej perspektyw, spotykamy także starych znajomych – jeśli śledziliście zwiastuny przedpremierowe to nawet możecie domyślać się o kogo chodzi.

Trzon rozgrywki stanowi walka nie miecze świetlne, a raczej mieczem świetlnym, bo starć 1 na 1 jest w zasadzie niedużo, co zresztą nie dziwi z uwagi na to, że rycerzy Jedi praktycznie już nie ma. Ale nie tylko o walkę tu chodzi, bo w grze jest także sporo eksploracji połączonej z rozwiązywaniem nieskomplikowanych zagadek logicznych z użyciem mocy. Może was zaskoczę, ale Upadły Zakon to taki miks Uncharted z serią Dark Souls. O ile Cal jest oczywiście zwinniejszy niż Nathan Drake, moc pozwala mu znacznie wyżej skakać czy biegać po ścianach, samo uczucie odkrywania zakątków na wszystkich dostępnych planetach jest bardzo podobne, co w serii Naughty Dog. Różnica jest taka, że każda z planet to nie liniowa korytarzówka, a pół-otwarty świat, którego kolejne rejony odkrywamy wraz z postępem fabularnym. Odwiedzamy takie nieznane miejsca jak trawiasta planeta Bogano czy nieco mroźniejsze Zeffo, ale także osławiony Kashyyyk, dom sympatycznych Wookiech, którym pomagamy odeprzeć oddziały Imperium. Na kilku planetach do zwiedzenia czekają nas grobowce, ściśle powiązane z wydarzeniami fabularnymi, w których odkrywamy starożytne tajemnice, i to właśnie w nich czekają do rozwiązania łamigłówki, o których już wspomniałem. Gracza czeka także trochę zbieractwa, ale w bardzo rozsądnym zakresie – znajdźki pozwalają poszerzyć wiedzę o uniwersum, polepszyć paski zdrowia czy mocy, a także ukwiecić terrarium, gdzie sadzimy unikalne rośliny i czekamy chwilę, aż wyrosną. Zdobycie platyny jest więc przyjemne i bardzo satysfakcjonujące.

Przez chwilę zastanawiałem się czy do minusów zaliczyć drobny backtracking. W grze odwiedzamy bowiem jedynie pięć planet, pomiędzy którymi w dowolnym momencie możemy podróżować i na niektóre jesteśmy zmuszeni kilkukrotnie wracać, by odkrywać wcześniej niedostępne dla nas obszary po zdobyciu nowych umiejętności – np. napomkniętego przeze mnie biegania po ścianach, odpychania / przyciągania obiektów czy zjeżdzania po linach. Ostatecznie zdecydowałem się nie uznawać tego za wadę, bo nowe obszary nie dość, że są naprawdę rozbudowane to pomimo tego, iż znajdują się na tej samej planecie potrafią różnić się od tych już odwiedzonych i to znacznie. Na Kashyyyku choćby najpierw zwiedzamy położony wśród drzew kompleks, by jakiś czas później zejść na sam dół, tam gdzie pnie wyrastają z ziemi, i eksplorować podwodne jaskinie. Pod koniec mapa każdej z planet jest już tak rozbudowana, że łatwo się zgubić, gdyby nie fakt, że zawsze pod ręką mamy holomapę wyświetlaną przez naszego towarzysza oraz korzystać możemy ze świetnie przemyślanych skrótów, niczym w serii Souls.

Skróty to nie jedyne podobieństwo do tej wymagającej serii. Mamy tutaj także coś na wzór ognisk, przy których odpoczynek regeneruje nasze zdrowie, ale także odradza przeciwników na mapie. Zdrowie można regenerować również podczas walki, przy pomocy wyrzucanych przez BD-1 stymów (estusów), ale ich liczba jest ograniczona. Również walka czerpie z gier From Software sporo elementów, jak chociażby lockowanie się na poszczególnych przeciwnikach i unikanie ich ciosów, by w odpowiednim momencie zaatakować. Nie ma tutaj co prawda paska staminy i mieczem świetlnym możemy machać bez przerwy, ale by pokonać silniejszych przeciwników trzeba wykorzystywać bardziej zaawansowane umiejętności, które z kolei zużywają pasek mocy – mowa tutaj np. o grupowym odpychaniu przeciwników, rzucaniu mieczem świetlnym, zasadzaniu kopniaków, różnych piruetach czy doskokach. Umiejętności odblokowujemy za zdobywane punkty doświadczenia w punktach medytacji (ogniskach), jednakże – znów jak w Soulsach – śmierć oznacza, że aby odzyskać zdobyte uprzednio doświadczenie trzeba dobiec do miejsca, w którym polegliśmy, nie ginąc po drodze. Na różne rodzaje przeciwników trzeba też dobierać odpowiednią strategię, a także odpowiednią konfigurację miecza świetlnego – bo nie wspomniałem, ale możemy walczyć mieczem pojedynczym, a później także podwójnym (niczym Darth Maul) czy rozłączonym, czyli dzierżąc ostrze zarówno w prawej, jak i lewej ręce.

Niezależnie od powyższego, raczej nie poleca się atakować całych grup, gdyż blokując lub parując ataki jednego z szturmowców lub innego, niehumanoidalnego przeciwnika, inni mogą nas w tym czasie zajść od tyłu. Trzeba być czujnym. Bardzo przydatna jest możliwość odbijania lecących w nas pocisków z blasterów wprost we wrogów. Najbardziej emocjonujące są oczywiście starcia z przeciwnikami także walczącymi mieczami świetlnymi, ale pełnią oni rolę bossów, więc są to pojedynki długie i widowiskowe, zanim uda nam się zniwelować cały pasek zdrowia oponenta. Opanowanie parowania i blokowania ciosów to jednak podstawa, szczególnie na wyższym poziomie trudności. Walka z innymi bossami – wielkimi stworami czy droidami – również wymaga odpowiedniego podejścia. Dla przykładu, walcząc z ogromnym, żabopodobnym Oggdo-Bogdo trzeba uważać na skoki i chwyt jęzorem, ale jęzor ten można uciąć, pozbawiając przeciwnika jednego z jego kluczowych atutów. Szkoda tylko, że starć z szefami jest trochę mało, a w dalszej części gry da się odczuć delikatny recykling. Zwykłych przeciwników jest natomiast kilkanaście, choć z tego spora część to po prostu szturmowcy w różnych odsłonach. Bądź co bądź jednak, każdego z nich rozcina się z satysfakcją, szczególnie, jeżeli kończy się to widowiskowym finiszerem. W Upadłym Zakonie można poczuć się jak prawdziwy Jedi, a to jest chyba najważniejsze.

Graficznie gra prezentuje się bardzo dobrze. Nie jest to na pewno szczyt możliwości konsoli PlayStation 4, brakuje może jakichś zapierających dech w piersiach widoków, ale jest widowiskowo, a prezencja i odgłosy miecza świetlnego to czysta poezja. W grze można napotkać drobne bugi, a kamera czasem potrafi spłatać figla, ale jest to w zasadzie sporadyczne. Nie podobały mi się także możliwości kustomizacji bohatera, któremu w zasadzie można zmienić kolor stroju, bez żadnych wymiernych korzyści. Produkcja posiada polskie napisy, a tłumaczenie jest zgodne z kanonem.

Podsumowanie

W podsumowaniu napiszę krótko: dzięki Upadłemu Zakonowi mogłem poczuć się jak rycerz Jedi. I to jest w zasadzie chyba najlepsze rekomendacja dla najnowszej produkcji Respawn Entertainment. To że studio czerpało pełnymi garściami od najlepszych wyszło grze tylko na dobre i oprócz tego, że świetnie łączy ona elementy eksploracyjne z widowiskowymi pojedynkami na miecze świetne to jednocześnie doskonale oddaje klimat Gwiezdnych Wojen. Bardzo cieszy mnie to, że to uniwersum otrzymało grę dla pojedynczego gracza na jaką od piętnastu (dziesięciu) lat zasługiwało i nie obrażę się, jeśli będziemy świadkami kolejnej gwiezdnowojennej trylogii. A to że będzie lepsza niż ta ostatnia, filmowa – nie mam wątpliwości. Niech moc będzie z Respawn!

Zostaw komentarz

Na tapecie
DOOM Eternal