Recenzja „Star Wars: The Force Unleashed”

Uniwersum Gwiezdnych Wojen ma na świecie wielu fanów. Filmy, książki, czy sprzedaż gadżetów w postaci mieczy świetlnych przynoszą kolosalne zyski. Gry wideo również doczekały się ataku mrocznych Lordów Sithów i Rycerzy Jedi, których spotkać można w grach akcji, RPG, strategiach, a nawet w postaci… klocków LEGO. Star Wars: The Force Unleashed zapowiadano, jako najlepszą grę akcji do tej pory, będącą wypełnieniem sagi stworzonej przez George’a Lucasa. Maszowanie mieczem miało stanowić o sile gry. I owszem, stanowi, ale czy to wystarczy?

Historia rozpoczyna się kilka po lat po wydarzeniach przedstawionych w filmowej Zemście Sithów. Armia Imperatora podbija kolejne planety, wybijając mieszkańców w pień i siejąc ogólne zniszczenia. Dzielnie broniący się rebelianci dowodzeni są przez rycerzy Jedi, którym udało się uniknąć egzekucji związanej z rozkazem 66. Darth Vader ląduje na Kashyyyk, gdzie samotny Jedi, dowodzi grupami Wookies, starającymi się wypędzić oddziały Szturmowców. I w tym momencie wszystko zostaje oddane w ręce gracza. Tak, twórcy dali możliwość pokierowania samym uczniem Imperatora, wraz z wykorzystaniem wszystkich mocy – przede wszystkim osławionych błyskawic i duszenia. Podnoszenie przeciwników, rzucanie mieczem świetlnym – naprawdę, fun jest ogromny, szczególnie, że ze wszystko odpowiada silnik Euphria, ale o nim trochę później. Finał tego epizodu to starcie ze wspomnianym wcześniej rycerzem Jedi – pierwsze okazja do stoczenia walki na miecze świetlne. A co dalej? Przecież to nie Vader jest bohaterem zdarzeń opowiedzianych w The Force Unleashed. Więc…

Jest nim syn pokonanego na Kashyyyk rycerza Jedi. Vader odkrył moc drzemiącą w chłopcu i ściągnął go na swój krążownik, w tajemnicy przed Imperatorem. Już jako młodzieńcowi, po długoletnim treningu, Vader powierza nowemu uczniowi pierwsze zadanie – likwidacja generała Koty, a wykonanie tego zlecenia poskutkuje dalej kilkoma bardzo zaskakującymi zwrotami akcji i wydarzeniami, które razem tworzą wspaniałą i głęboką historię. Fabuła to zdecydowany plus nowej gry osadzonej w uniwersum Star Wars.

Na początek bohater to słabeusz. Może i mieczem świetlnym posługuje się całkiem nieźle, posiada też kilka mocy (jak podnoszenie i pchnięcie), ale to de facto wszystko. Wraz z awansowaniem na kolejne poziomy, co oczywiście jest wynikiem walki z przeróżnej maści przeciwnikami (od całej gamy Szturmowców po olbrzymie Rancory i maszyny kroczące!), bohater otrzymuje punkty mocy. Dają one możliwość zwiększenia umiejętności – czy to związanych z samym bohaterem (więcej życia), czy z jego stylem walki i posługiwaniem się mocą. Jednak wraz z odkrywaniem fabuły, bohater zdobywa nowe zdolności – rzucanie mieczem, tworzenie bariery ochronnej czy błyskawice – choć te dwie pierwsze są raczej mało przydatne. Niestety, o duszeniu możecie zapomnieć – to umiejętność zarezerwowana jedynie dla Vadera.

Gameplay składa się w sumie z dwóch części: biegania (i skakania) po planszy, gdzieniegdzie używając mocy do uaktywnienia jakiejś platformy czy otwarcia drzwi, oraz samej walki. Ciachanie mieczem świetlnym daje dużo frajdy, a łączenie go z mocami i kombosami – jeszcze więcej. Odcinania członków niestety brak, a przy pokonywaniu potężniejszych przeciwników z pomocą przybywa QTE.

Szkoda tylko, że spektakularne sposoby odesłania wrogów do piachu można policzyć na palcach jednej ręki, zaś walki z bossami (najczęściej są nimi inni rycerze Jedi) wyglądają w każdym przypadku podobnie, i polegają mniej więcej na tym samym – jak najwięcej ciąć, i unikać cięcia. Trochę bez polotu i finezji, nie?

Strona audio-wizualna gry mieści się w dzisiejszych standardach, ale o wypalaniu gałek ocznych nie ma mowy. Poziomy są ładnie zaprojektowane, a ich struktura przemyślana. Zarówno Kashyyyk, czy wielkie wysypisko galaktycznych śmieci uderzają klimatem na odległość. W pewnym momencie gry bohater odwiedzi też pewną bazę kosmiczną, tworzoną pod pilnym nadzorem Imperatora… Efekty świetlne czy design przeciwników też może się podobać. Czasem jednak trafią się słabsze tekstury, a poziomy nie są otwarte – gracz prowadzony jest wyznaczoną przez autorów ścieżką. Jeśli chodzi o dźwięk to przez większość czasu słychać w tle motywy z filmowych Gwiezdnych Wojen – co należy zaliczyć oczywiście na duży plus. Silnik Euphoria, o którym już wspomniałem, też spełnia swoją rolę i animacje w grze można tylko podziwiać – wrogowie poruszają wszystkimi kończynami w sposób bardzo naturalny, po odbiciu od ściany upadają, odpowiednio przy tym machając rękami i nogami. Zaimplementowanie Euphorii to strzał w 10!

Gra ogólnie jest dość krótka – ok. 8 godzin, razem z większością bonusów (m. in. zdobyciem dodatkowych kryształów do miecza, aby zmienić jego wygląd). Nierzadko napotkać można też na pewne niedoróbki, jak np. przenikanie przez obiekty, czy wrogowie wryci w glebę. Boli też trochę brak trofeów, ale z tego można developera rozgrzeszyć. Wiem jedno – każdy fan Gwiezdnych Wojen grę musi mieć w swojej kolekcji już od dnia premiery (i pewnie ma). A inni? Jeśli lubicie dynamiczną walkę i prawdziwą przygodę, TFU na pewno was nie zawiedzie. Niech moc będzie z Wami.

Zostaw komentarz

Na tapecie
God of War Ragnarök