Recenzja „The Dark Pictures Anthology: Man of Medan”

Until Dawn, choć wzorowany na filmach klasy B, z pewnością grą klasy B nie był. Opowieść o nastolatkach, których urlop w górskiej chacie nieco się skomplikował zdobyła uznanie graczy, w dużej mierze dzięki ciekawej historii, charyzmatycznym bohaterom oraz wyborom, których konsekwencje mogłyby być naprawdę dotkliwe. O Until Dawn piszę dlatego, że recenzowany tutaj tytuł nie dość, że pochodzi od tych samych twórców to w dodatku opiera się dokładnie na tym samym schemacie.

Man of Medan to część antologii, na którą składać się będzie kilka bliźniaczych produkcji. Już teraz wiadomo, że w 2020 roku odwiedzimy mroczne miasteczko Little Hope. Zanim jednak to nastąpi, twórcy najpierw zabierają nas na wody otaczające Polinezję Francuską, właśnie za sprawą recenzowanego tu Man of Medan.

W produkcji poznajemy dwa rodzeństwa, którzy na wynajętej łodzi chcą spędzić kilka dni na tutejszych wodach w celu badania ich dna, a konkretniej: tego, co się tam znajduje, czyli przede wszystkim zatopionego wraku samolotu z okresu II wojny światowej. Towarzyszy im zadziorna i bezkompromisowa pani kapitan. Jak jednak pewnie się domyślacie, nie wszystko idzie po myśli piątki naszych bohaterów, którzy za sprawą niespodziewanych odwiedzin grasujących po tutejszych wodach piratów trafiają na znacznie większy wrak statku i, co jest bardziej niecodzienne, statku niezatopionego, dryfującego sobie jakby nigdy nic na tafli oceanu od przeszło 70 lat. Już w prologu widzimy przedsmak tego, co stało się z załogą tej „łajby”, jednak prawdziwe przyczyny pogromu amerykańskich marynarzy mamy okazję odkryć dopiero wraz z naszymi bohaterami. O ile uda im się przeżyć, oczywiście.

Bo w Man of Medan, zbieżnie jak we wspomnianym Until Dawn, każda decyzja, nawet z pozoru błaha, może mieć znaczenie. Jako przykład podam jedną scenkę, w której dwójka bohaterów kończy nurkowanie, jednak jeszcze będąc pod wodą widzi wybuch na łodzi znajdującej się nad nimi. Jeden z bohaterów chce czym prędzej wypłynąć na powierzchnię i sprawdzić co się dzieje, drugi jednak mówi o tym, że należy się zdekompresować. Decyzja należy oczywiście do nas. Jeśli zaś pokierujemy się sercem, a nie rozumiem i wypłyniemy bez dekompresji, choć początkowo wszystko wydaje się ok, w pewnym momencie bardzo możemy pożałować tej decyzji. Jeśli natomiast w rozmowie z drugą postacią zamiast być miłym, będziemy zachowywać się opryskliwie to kiedyś tam, za kilka godzin, okazać się może, że ta postać to zapamięta i nie będzie nam już skora tak bardzo pomóc. Oczywiście, aby zepsuć tak całkowicie relację trzeba na ogół się postarać, ale warto jednak przemyśleć każdą decyzję lub w ogóle jej nie podejmować. W pewnych momentach akcja przyspiesza i wtedy do wykonania mamy sekwencję QTE – ich przegranie niesie za sobą najgorsze skutki. W zasadzie to mam wrażenie, że w Man of Medan naprawdę łatwo zginąć, na tyle łatwo, że przy moim pierwszym przejściu – na ślepo – z pięciu bohaterów do końca dotrwał jeden. W przypadku jednej z postaci zadecydowało to, że o pół sekundy za późno wcisnąłem trójkąt.

Oprócz oglądania dialogów czy scenek akcji, możemy trochę poeksplorować lokacje, do których rzuca nas gra. Nadmienię, że tych w zasadzie jest jak na lekarstwo i są dość monotonne – łódź, podwodny wrak i statek, na którym spędzamy najwięcej czasu, ale z drugiej strony – taki scenariusz. Popularny ostatnio serial – Dom z Papieru – też w zasadzie odbywa się przez większość czasu w jednej lokacji, a i tak zdobył rzesze fanów na całym świecie. Autorzy ciemne wnętrza okrętu starają się nam urozmaicać powolnym odkrywaniem tajemnicy. W dużej mierze, ile się dowiemy zależy od tego, ile znajdziek uda nam się odnaleźć i przeczytać po drodze. Warto się też rozglądać, gdyż odnaleźć możemy obrazy, które w kilkusekundowej sekwencji zdradzają nam przyszłe wydarzenia i pozwalają się na nie przygotować – coś jak totemy w Until Dawn, choć ich przydatność jest raczej mizerna.

Pomiędzy kolejnymi rozdziałami – a jakże – oglądamy monolog tajemniczego kuratora, tak jak psychoterapeuty w Until Dawn.

Gra oferuje także tryby sieciowe – i kanapowe i przez sieć. Ten pierwszy polega na tym, że ustalamy liczbę graczy i przekazujemy kolejno pada, kiedy zmienia się sterowana postać, natomiast sieciowy to po prostu przeżycie przygody wraz z towarzyszem, z delikatnie zmienionymi scenkami. Zawsze to jakaś alternatywa, choć mam wrażenie, że to właśnie zabawa z towarzyszem ma, w zamyśle twórców, stanowić główną oś zabawy. Ja przeszedłem grę w pojedynkę (dwukrotnie) i bawiłem się bardzo dobrze, szczególnie przy pierwszym podejściu, kiedy kompletnie nie miałem pojęcia, co czeka mnie za rogiem. Czułem wtedy dreszczyk emocji, a raz czy dwa zdarzyło mi się nawet wzdrygnąć.

Podsumowanie

Nie ma co ukrywać, że takie gry, jak Man of Medan nie są dla wszystkich – taką filmową rozgrywkę po prostu trzeba lubić. Najmocniejszą cechą produkcji jest to, że możliwości pokierowania losami bohaterów jest naprawdę sporo, wszystko zależy od podejmowanych, niejednokrotnie w ułamku sekundy, decyzji, relacji jakie uda zbudować się pomiędzy bohaterami oraz spostrzegawczości. Sama fabuła jest troszkę płytsza niż w przywoływanym po raz kolejny Until Dawn, w ogólnym rozrachunku dość powoli się rozkręca, a sama gra jest widocznie krótsza. Można byłoby czepnąć się także gość topornego sterowanie czy drobnych zwolnień animacji, ale byłoby to czepianie się na siłę. Boli jednak brak polskiej wersji językowej, chociaż napisów, co z pewnością przełoży się na zaineresowanie grą w naszym kraju. Pomimo to, rozgrywce towarzyszą emocje, a to chyba najistotniejsze. Zobaczymy, czy czuć je będziemy także w Little Hope.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Yooka-Laylee and the Impossible Lair