Recenzja „The Last Guardian”

Dziewięć lat zajęło Fumito Uedzie wyprodukowanie swojej nowej gry. W końcu jednak jest – The Last Guardian zadebiutował na rynku w grudniu 2016 roku i od pierwszego włączenia przywołał wspomnienia z czasów PlayStation 2, kiedy wraz z Ico ratowaliśmy Yordę czy stawaliśmy do walki z kolosami w Shadow of the Colossus. Japoński twórca i jego zespół opowiada nam kolejną piękną historię.

Głównym bohaterem The Last Guardian nie jest wbrew pozorom chłopczyk, którego poczynaniami przez całą grę kierujemy. Najważniejszą postacią jest Trico, z początku nieufny, pierzasty zwierzak, który z czasem staje się naszym najlepszym przyjacielem i vice versa. Trico jest połączeniem kota i gryfa i choć początkowo nie mamy pojęcia dlaczego znaleźliśmy się wraz z tym pociesznym stworzeniem na dnie jaskini, szybko pojmujemy, że mamy wspólny cel – ucieczkę. Wyjście z jaskini to jednak tylko pierwsza przeszkoda, bo do pokonania przed bohaterami jest cała, podniszczona twierdza usytuowana pośród masywnych i wysokich skał. Niestety, z racji tego, że Trico jest poważnie ranny, przelot nie wchodzi w grę i bohaterów czeka piesza, momentami bardzo niebezpieczna, wędrówka…

I to właśnie podczas tej wędrówki, więź pomiędzy chłopcem, którego imienia nie poznajemy a Trico się zacieśnia i są oni w stanie zrobić dla siebie coraz więcej i coraz więcej poświęcić. Twórcom udało się wykreować chyba najrealniejszą i najbardziej urzekającą wirtualną relację, jaka łączyć może dwie istoty. Jest to również relacja niezwykle prawdziwa i nieraz chwytająca za serce. Kiedy Trico zostanie zraniony, szukamy dla niego jedzenia, aby odzyskał siły czy wyciągamy z jego ciała wbite z dużą siłą przez przeciwników włócznie. Towarzysz odwdzięcza się tym samym, niejednokrotnie przełamując własny lęk, aby nas uratować czy umożliwić dalszą przeprawę. Niesamowicie urocze, a jednocześnie naturalne, są sytuacje, kiedy Trico przez kilkadziesiąt sekund zastanawia się, pomimo naszych nawoływań, czy wskoczyć do wody lub wykonać daleki, ryzykowny skok na drugą stronę przepaści. Piękna jest też jego reakcja, jak dzieje nam się krzywda, zwierzak sprawia wrażenie naprawdę zmartwionego i zatroskanego o nasz los. Nie jest tak jednak od samego początku, gdyż ta cudowna przyjaźń rozwija się w trakcie gry, poczynając od wrogości, przez umiarkowane zaufanie, aż po pełne oddanie. Widać to chociażby w rozgrywce, gdzie na samym początku Trico nie za bardzo słucha się naszych poleceń, a jeżeli słucha to nie do końca je rozumie. Z biegiem czasu współpraca układa się coraz lepiej, a Trico zaczyna skakać tam gdzie chcemy i niszczyć przeszkody, które mu wskażemy.

Sam mechanizm rozgrywki jest prosty, choć ona sama już wcale taka nie jest. Jak wspomniałem na początku, tytuł posiada wiele cech charakterystycznych dla produkcji z drugiego PlayStation oraz, przede wszystkim, poprzednich gier Fumito Uedy. Nie znajdziemy więc tutaj ani minimapy, ani paska informującego o liczbie punktów życia, ani znaczników wskazujących, gdzie dalej iść czy jaki przedmiot podnieść, aby ruszyć opowieść do przodu. Oprócz wytłumaczenia klawiszologii, twórcy praktycznie nam nie pomagają, a jeśli już to za sprawą naprawdę subtelnych podpowiedzi i gracz zdany jest całkowicie na siebie. Oznacza to, że nie tylko musi odnaleźć dalszą drogę, co akurat tak trudne nie jest, jak i odkryć, jak tą drogą podążać, co czasami jest już znacznie trudniejsze. Autorzy zadbali bowiem o kilka łamigłówek, do których rozwiązania niejednokrotnie trzeba wykorzystać Trico i to na ogół w bardzo sprytny sposób. Aby nie zdradzać zbyt wiele, napiszę tylko o jednym patencie z początku gry, kiedy musimy dostać się na wyżej położoną półkę. Moglibyśmy to zrobić bez problemu wspinając się na grzbiet Trico, ale problem stanowi to, iż półka usytuowana jest nad wąskim przejściem, przez które zwierzak się nie przeciśnie. I fakt, nie przeciśnie się w całości, ale gdy go zawołamy, wsadzi w otwór głowę, pozwalając po niej wejść i dostać się do niedostępnego wcześniej miejsca. To oczywiście tylko przedsmak zaplanowanych zagwozdek, w dalszych częściach gry są one jeszcze bardziej pomysłowe i skomplikowane, a oprócz pomyślunku wymagają także zręczności czy refleksu, na przykład przy unikaniu goniących nas rycerzy w potężnych zbrojach. W grze znalazło się także miejsce dla kilku fajnych patentów. Oprócz standardowego przepychania obiektów czy wspinania się po łańcuchach i drabinach, chłopak dzierży specjalną tarczę, dzięki której może przy pomocy Trico pruć piorunami i tym samym niszczyć poszczególne obiekty lub konstrukcje. Pozytywnie zaskoczył mnie także czas rozgrywki, który przy pierwszym podejściu wynieść może nawet nieco ponad dziesięć godzin. Rozgrywka w The Last Guardian to coś zupełnie innego, niż obecnie spotykamy w zdecydowanej większości gier. Jest tutaj po prostu jakaś magia.

Jedyne na co cierpi gra to bolączki natury technicznej i wydaje się, iż to, że gra tworzona była tak długo i to najpierw z myślą o PS3 bardziej jej zaszkodziło niż pomogło. O ile grafika prezentuje się naprawdę ładnie, animacja Trico jest po prostu doskonała, tak samo jak świetnie skomponowana ścieżka dźwiękowa, gra cierpi na dość widoczne spadki klatek animacji oraz problemy z szalejącą miejscami kamerą, szczególnie w ciasnych pomieszczeniach. Trzeba jednak wspomnieć, że ten pierwszy problem występuje jedynie na zwykłej konsoli PlayStation 4, gdyż na Pro tytuł utrzymuje stałe trzydzieści klatek. Na szczęście zwalniająca animacja nie utrudnia w żaden sposób rozgrywki, a kamera stara się jak może, aby pokazać to co trzeba i jedynie sporadycznie można się na nią zirytować, dlatego też trzeba przymknąć na to oko, aby nie zepsuć sobie fantastycznego przeżycia, jakim jest poznawanie świata wykreowanego w The Last Guardian.

Tak naprawdę można byłoby się przyczepić także do sztucznej inteligencji Trico, bo zwierzak czasem zachowywał się naprawdę głupio, ale… usprawiedliwiam to jego charakterem i zagubieniem. Nie chodziło bowiem o to, że pierzasty kompan zachowywał się irracjonalnie, a bardziej o to, że po prostu nie do końca się nas słuchał czy pewne czynności wykonywał z delikatnym opóźnieniem. Wbrew pozorom, takie sytuacje raczej zwiększyły imersję i zżycie się z przyjacielem, niż frustrowało.

Podsumowanie

Na The Last Guardian warto było czekać tyle lat. Gra jest tym, czym od początku obiecywano, że będzie – piękną historią o przyjaźni i przetrwaniu. Kreacja Trico i relacja jaka łączy go z chłopcem to coś niesamowicie wyjątkowego i prawdziwego. Historia ucieczki z tajemniczej fortecy jest bardzo emocjonująca, czasami niepozwalająca nawet na chwilę złapać oddechu, potrafiąca także wzruszyć. Fumito Ueda stworzył kolejne małe, growe dzieło sztuki. Szkoda jednak, że gra nie zostanie doceniona przez szersze grono, szczególnie młodszych, graczy, bo przez te prawie 10 lat, kiedy gra była tworzona, trendy się zmieniły. Trico, na szczęście, nie.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Horizon Zero Dawn