Recenzja „The Last of Us: Part II”

Pandemia wywołana przez maczużnika zaczęła się siedem lat temu, jeszcze na PlayStation 3, i właśnie wtedy, u schyłku poprzedniej generacji, poznaliśmy doświadczonego życiem Joela oraz niezwykle charakterną, młodą Ellie. Teraz, siedem lat później, kiedy PS4 kończy swój cykl, mamy okazję powrócić do owładniętego przez naturę uniwersum i poznać dalsze losy lubianej pary. Losy, które już półtora miesiąca temu nie wszystkim przypadły do gustu…

Nie ma co się bowiem oszukiwać, to właśnie fabuła stanowiła największą siłę produkcji Naughty Dog. Świetnie wyreżyserowana historia, o ogromnym ładunku emocjonalnym i zaskakujących zwrotach akcji na długo pozostawała w pamięci każdego gracza. Nic więc dziwnego, że oczekiwania, co do historii opowiedzianej w kontynuacji były ogromne. Pech jednak chciał, że na poznanie scenariusza czekaliśmy dłużej niż pierwotnie zakładano (premiera była dwukrotnie opóźniana), a – co chyba gorsze – pod koniec kwietnia do sieci trafiły dość pokaźne spoilery i… się zaczęło. Część graczy, którzy oczywiście nie mieli jak przeżyć historii na własnej skórze, wylali sporo pomyj zarówno na sam skrypt, jak i jego głównego twórcę, Neila Druckmanna. Scenarzyście oberwało się za pewne fabularne rozwiązania oraz promowanie – rzekomo na siłę – ideologi LGBT. Mi, na szczęście, udało się uniknąć jakichkolwiek przecieków i dopiero od 19 czerwca poznałem opowieść od początku do końca.

W zasadzie trudno mi o niej pisać, bo nie chciałbym przypadkowo zdradzić czegoś, czego nie powinienem. Rozumiem jednak graczy, którym pewne aspekty historii mogły nie przypaść do gustu. Naughty Dog postanowiło nieco zaryzykować, już w zasadzie od początku szokując odbiorcę, by następnie, przez dalszą część gry, wywołać w nim ambiwalentne uczucia. Musicie wiedzieć, że Part II opowiada w zasadzie o czymś innym niż pierwowzór, skupia się na całkowicie innych uczuciach i motywacjach. Naprawdę, więcej pisać nie chcę. Mi historia się podobała, rozumiem, co Druckmann chciał poprzez nią przekazać, ale rzeczywiście, w pewnym momencie czułem się dość nieswojo. I jak najbardziej jestem w stanie zrozumieć osoby, którym scenariusz nie w pełni przypadł do gustu – bo rzeczywiście jest na swój sposób kontrowersyjny – tak na pewno nie zasługuje na krytykowanie go dla samego krytykowania, a raczej na dyskusję o nim. Co do wątków ideologicznych wypowiadać się, a raczej oceniać ich, nie zamierzam. Uważam się za osobę otwartą i tolerancyjną, nie mam nic przeciwko temu, że protagonistka i jej towarzyszka to para (co zresztą nie powinno zaskakiwać, bo już w dodatku do The Last of Us można było poznać Ellie, jako lesbijkę), nie przeszkadza mi to, tak samo nie miałem jakoś specjalnie wrażenia, by cokolwiek było promowane na siłę. A to, że coś – dla kogoś – odbiega od ogólnie przyjętych standardów nie oznacza, że nie jest normalne, prawda? Kończąc jednak kwestię fabuły. Scenki przerywnikowe ponownie zostały wyreżyserowane na wysokim poziomie. Znane nam postacie wydoroślały, przez co uwypukliły się ich cechy charakteru, a nawet poznać możemy ich drugą naturę. Fajnie również posłuchać dialogów, szczególnie tych podczas eksploracji, niepozbawionych poczucia humoru i kąśliwości. Poznajemy też oczywiście całkowicie nowych bohaterów, choć – niestety – niektórzy z nich są dość słabo zarysowani, miałcy, ale to może wynikać ze specyfiki scenariusza… Przez chwilę gra mi się też trochę dłużyła i na pewno jakość opowieści nie ucierpiałaby, gdyby była o te kilka (z ok. 20 godzin) krótsza, choć i tak, patrząc całościowo, mogła być nawet dłuższa, ale twórcy zaoszczędzili nam backtrackingu. Delikatnie zawiodło mnie zakończenie, jakby trochę nieporzebnie przeciągnięte, natomiast otwarte, co daje nadzieję na to, że kiedyś – pewnie przed końcem generacji PS5 – doczekamy się Part III.

W zakresie rozgrywki nie ma rewolucji, a jedynie bardzo drobna ewolucja. Po niedługim, śnieżnym prologu, trafiamy do Seattle, gdzie w zasadzie spędzamy większą część gry. Wbrew pozorom jednak, twórcy zapewnili nam różnorodność lokacji, przez co oprócz centrum miasta zwiedzamy poszczególne budynki, przedmieścia, płyniemy rwącym potokiem przez środek metropolii czy przemierzamy dachy wieżowców, by w epilogu jeszcze raz, całkowicie zmienić scenerię. Grę podzielono na prawie pięćdziesiąt rozdziałów, a ilość eksploracji oraz walki jest w zasadzie równoważna, choć – trzeba podkreślić – że wymiany ognia w drugiej części są znacznie bardziej krwawe. Jasne, cały czas można się poskradać i pokombinować, co jest wskazane zarówno w przypadku wyższych poziomów trudności, jak i napotkania zarażonych, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by wystrzelać trochę naboi, pamiętając jednak, że w świecie postapokaliptycznym wcale dużo ich nie ma. Właśnie, wspomniałem o zarażonych. W The Last of Us: Part II powracają znani i lubiani Biegacze czy Klikacze, ale mamy do czynienia także z nowymi odmianami – zwinnymi, lubiącymi atakować z zaskoczenia Czychaczami oraz plującymi żrącą substancją, dużymi Człapaczami. Na gracza czeka także starcie z naprawdę przerażającym bossem, ale z jakim i gdzie – pozostawię dla siebie, a ciekawskich zapraszam do przekonania się na własnej skórze.

Poza walką, jest też wspomniana eksploracja. Kolejne rozdziały mają charakter raczej liniowych etapów (za wyjątkiem jednego, gdzie dostępny jest trochę większy teren do swobodnego zwiedzania), ewentualnie pozwalają nam na chwilę zboczyć ze ścieżki, by rozejrzeć się za niezbędnymi materiałami, suplementami czy amunicją. Podobnie jak w pierwowzorze, przeszukujemy wszelkie możliwe meblościanki czy szuflady by pozyskać taśmy, alkohol czy saletrę, a następnie tworzymy apteczki, koktajle mołotowa, kilka rodzajów bomb, naboje zapalające, tłumki czy ulepszamy znalezioną broń białą. Odnajdujemy również części, których używamy przy stole do ulepszania noszonej broni dystansowej (pistolet, strzelba, obrzyn, karabin samopowtarzalny czy łuk) oraz suplementy, dzięki którym zwiększać możemy nasze umiejętności, jak ilość zdrowia, cichsze poruszanie się czy lepszy tryb nasłuchiwania wrogów znajdujących się poza zasięgiem naszego wzroku. Oczywiście, nie zabrakło także znajdziek, których w najnowszej części jest naprawdę sporo, ale bez wątpienia warto je zbierać – są to notatki lub zdjęcia poszerzające wiedzę na temat świata i postaci niezależnych, wpisy do dziennika, karty kolekcjonerskie z superbohaterami wykreowanymi przez Naughty Dog na wzór tych marvelowskich, historyczne monety, jak również te naprawdę bardzo przydatne – czyli nowe bronie, gadżety i poradniki bojowe odblokowujące dodatkowe umiejętności. Przechadzać się tu i ówdzie warto też z tego względu, że posłuchać możemy ciekawych rozmów pomiędzy protagonistką a towarzyszącą jej postacią (postaciami), a i czasem do rozwiązania czekać będzie prosta łamigłówka.

Od strony graficznej The Last of Us: Part II to już chyba granica tego, co z PlayStation 4 da się wycisnąć. Produkcja wygląda przepięknie i gdyby tak w rzeczywistości wyglądał postapokaliptyczny świat to w zasadzie nie miałbym nic przeciwko, żeby w nim egzystować. Już w pierwszej części twórcom udało się perfekcyjnie oddać klimat dominacji natury nad ludzkimi osiągnięciami, w drugiej jest podobnie. Co więcej, gra miejscami jest znacznie mroczniejsza, niczym horror. Animacja to też najwyższa półka, a aktorzy wzbili się na wyżyny swoich możliwości, oddając emocje, które odczytać możemy z twarzy bohaterów. Świetnie spisali się także nasi rodzimi aktorzy – m. in. Anna Cieślak oraz Krzysztof Banaszyk, ponownie udzielający głosów Ellie i Joelowi. Zresztą, dźwiękowo nowy TLoU brzmi świetnie, a muzyka spodoba się z pewnością wszystkim miłośnikom gitarowych brzmień. Co jeszcze warto podkreślania, Psiaki pomyśleli także o graczach z pewnymi mniejszymi i większymi ograniczeniami udostępniając szereg opcji ułatwiających poruszanie się w grze, strzelane, podwyższających kontrast niektórych obiektów i tym podobne. Bardzo miły gest.

Podsumowanie

Czy The Last of Us: Part II spełniło moje oczekiwania? Nie, bo… takowych nie miałem. Pierwsza część była dla mnie grą w zasadzie idealną, więc nie nastawiałem się, że dwójka będzie grą lepszą, bardziej chciałem by była godną kontynuacją, bo po prostu ciekawiło mnie, jak potoczą się losy Joela i Ellie. Moja ciekawość została zaspokojona i mi sposób przedstawienia historii się podobał, nawet pomimo podjętego ryzyka i równocześnie wiem, że pewne decyzje twórców nie wszystkim przypadną do gustu. Rozumiem jednak dlaczego je podjęli i – jakby na to nie patrzeć – historia poprowadzona została w rzadko spotykany sposób. Rozgrywka to ten sam wysoki poziom i chyba dobrze, że autorzy nie zdecydowali się na jakąś znaczną metamorfozę w tym aspekcie. Zakończenie gry jest otwarte i nie mam wątpliwości, że Naughty Dog będzie chciało domknąć serię trylogią. I nadal jestem ciekawy, jak potoczą się losy naszych bohaterów w tym postapokaliptycznym, opanowanym przez naturę świecie.

SERDECZNIE DZIĘKUJEMY PLAYSTATION POLSKA (SCEP) ZA MOŻLIWOŚĆ ZRECENZOWANIA TYTUŁU!

Zostaw komentarz

Na tapecie
Marvel's Avengers