Recenzja „The Surge”

Tak jak pierwsza konsola PlayStation czy chwilę wcześniej Nintendo 64 zapoczątkowały modę na trójwymiarowe platformówki, tak na PlayStation 3 rozpoczęła się moda na wymagające, zręcznościowe RPG-i. Szlak został przetarty przez From Software i ich serię, a następnie inni deweloperzy zaczęli tworzyć swoje własne „soulsy”. Jedną z takich gier było Lords of the Fallen, które powstało dzięki współpracy polskiego CI Games oraz niemieckiego studia Deck 13. O ile to pierwsze gdzieś w zaciszu tworzy kontynuację LotF, Deck 13 postanowiło zająć się nowym, autorskim projektem, w którym porzucili miecze i tarcze na rzecz bardziej futurystycznych zabawek.

W The Surge wcielamy się Warrena. Bohater jeżdżący na wózku inwalidzkim dostaje posadę w CREO, potężnej organizacji przeprowadzającej tajne projekty mające uchronić ludzkość przed grożącymi jej niebezpieczeństwami. Oprócz nowej pracy, protagonista ma otrzymać także inny, bardziej wartościowy dar – możliwość chodzenia dzięki ultranowoczesnemu egzoszkieletowi. O ile rzeczywiście Warren taki egzoszkielet otrzymuje, cała reszta nie idzie zdecydowanie po jego myśli – traci przytomność, a gdy się budzi, kompleks CREO jest w dużej mierze zniszczony, niedoszli współpracownicy, którzy przeżyli są wrogo nastawieni, a wrodzona ciekawość nie pozwala nam uciec, zanim dowiemy się, co się tak naprawdę stało.

Fabułę, tak jak w chociażby Dark Souls, poznajemy stopniowo, oglądając nagrania, słuchając audiologów czy czytając opisy zbieranych przedmiotów. Nie jest to jednak jedyne podobieństwo do serii od From Software. Studio Deck 13 inspirowało się chociażby przy tworzeniu plansz, a raczej ich projektów, gdyż wszystkie są ze sobą połączone, sporo tutaj skrótów, a w najmniej spodziewanym momencie możemy nagle trafić do którejś z początkowych lokacji, odblokowując zamknięte do tej pory przejście. Lokacje są naprawdę przemyślanie połączone, choć im samym brakuje nieco różnorodności. Przygodę zaczynamy przed olbrzymim kompleksem CREO, ale szybko do niego wchodzimy i przemierzamy znajdujące się tam hale produkcyjne, laboratoria badawcze czy biura zarządu i choć oczywiście miejsca te są od siebie nieco inne, skrywają odmienne tajemnice i czyhające na nas niebezpieczeństwa, wszystkie są „w środku”, przez co wydają się po prostu zbliżone. Punktem centralnym każdego z nich jest OPS, czyli nowocześniejsze ogniska, przy których możemy podnieść poziom naszej postaci wydając na zebrany złom (odpowiednik soulsowych dusz), zainstalować implanty, które powiększają statystyki lub dodają nowe umiejętności lub ulepszyć ekwipunek przy pomocy zdobytych od przeciwników części. Jest to więc swoiste centrum dowodzenia, w którym ponadto odczytać możemy przesyłane wiadomości, porozmawiać z postaciami niezależnymi czy po prostu rozpocząć rozgrywkę po śmierci, która w The Surge zdarza się dość często.

Walka to podstawowy element rozgrywki i wypada bardzo dobrze, a do tego potrafi być miejscami wymagająca (także cierpliwości). Nasz bohater – Warren – jest responsywny i posiada spory zakres ciosów i ruchów. Może atakować słabiej i mocniej, z wyskoku, ze ślizgu czy blokować ciosy. Przeciwnicy nie są jednak gorsi i również potrafią zaskoczyć nas jakimś niekonwencjonalnym ruchem, czasem odbierającym nam prawie całe zdrowie, jeśli w odpowiednim momencie nie wykonamy uniku. Wrogów jest kilka rodzajów – oprócz wyposażonych w lżejsze i cięższe egzoszkielety pracowników CREO, na swojej drodze spotkamy kilkunożne roboty, wielkie koparki czy małe i szybkie drony. Zresztą, protagonista ma również swojego drona, który za pomocą gromadzonej energii i w przypadku posiadania odpowiedniej modyfikacji może atakować przeciwników na dystans, spowalniać ich lub tworzyć energetyczną tarczę, która znacznie niweluje obrażenia zadawane bohaterowi. W każdym razie, większość wrogów jest humanoidalna i choć niektórzy posiadają jakieś dodatkowe umiejętności, jak np. możliwość paraliżowania, w tym aspekcie także zabrakło twórcom nieco inwencji. Ten sam problem dotyka także bossów, których jest naprawdę niewielu, wśród nich są także nieco dopakowani ludzie, brak jest jakichkolwiek szefów pobocznych, a jeden z bossów-maszyn praktycznie powtarza się w dalszym etapie gry. Na szczęście właśnie duże maszyny napotykane na naszej drodze ratują nieco sytuację, jeśli chodzi o design bossów, bo wymagający przy pierwszym spotkaniu jest każdy i zdecydowanie trzeba się każdego nauczyć, aby go pokonać.

Z kim walczymy – wiemy, ale istotne jest również czym to robimy. Do wyboru jest kilka rodzajów broni – szybkie jednoręczne, powolne, ale zadające duże obrażenia dwuręczne, długie kostury czy zwinne rękawice. Oczywiście, wygląd broni dostosowany jest to otoczki produkcji, a więc zamiast mieczy dzierżymy na ogół kawałek jakiegoś żelastwa o różnej grubości czy kształcie. Z racji jednak tego, że w The Surge nie ma statystyk, po znalezieniu danej broni lub pancerza od razu można go założyć, z tym zastrzeżeniem, że trzeba posiadać odpowiedni poziom rdzenia. Na uwagę zasługuje również sposób w jaki zdobywamy nowe bronie oraz schematy do wytwarzania poszczególnych elementów zbroi. Podczas starcia z przeciwnikiem za pomocą prawej gałki analogowej wybrać możemy część ciała, którą chcemy atakować – w przypadku ludzi jest to głowa, korpus, ramiona i nogi. W zależności czy wróg ma na danej części ciała pancerz czy nie jest ona oznaczona jako żółta lub niebieska. Uderzanie w strefę niebieską, czyli taką, gdzie nie ma pancerza, zadaje przeciwnikowi większe obrażenia, ale pozbawia nas szansy, że po pokonaniu go otrzymamy dany schemat lub broń. Wybór należy więc do gracza, niezależnie jednak od tego, jaki zostanie dokonany – starcie kończy się na ogół efektownym finiszerem, czyli animacją odcinania części ciała, której zadaliśmy najwięcej bólu.

Graficznie i dźwiękowo tytuł prezentuje się w sumie bez zarzutów – jedynie czasem dostrzec można słabsze tekstury. Nie ma się również co oszukiwać, ale przez fakt, że akcja gry dzieje się praktycznie wyłącznie w siedzibie CREO, graficy nie mieli się gdzie wykazać. Pochwalę natomiast wygląd elementów wyposażenia oraz bossów, a także animacje, które wyglądają świetnie i są bardzo płynne. Niestety, zdradzają się błędy, jak zawieszający się w różnych miejscach przeciwnicy czy drobne problemy z detekcją obiektów. W grze nie ma też jakiejkolwiek formy trybu sieciowego.

Podsumowanie

Napiszę to od razu – w moim mniemaniu The Surge jest lepszą grą niż Lords of the Fallen, bo tak naprawdę tylko z tym tytułem można tę produkcję porównywać. Niemieckie studio Deck 13 wyciągnęło odpowiednie wnioski i stworzyło grę bardziej dynamiczną i – pomimo zupełnie innego klimatu – jeszcze bardziej „soulsową”. Należy pochwalić twórców za to, że gra potrafi być wymagająca oraz że w świetny sposób udało im się połączyć lokacje tworząc spójny świat. Spójny, ale także nie za bardzo różnorodny, tak samo jak nieróżnorodni są przeciwnicy, a bossów było zwyczajnie za mało. Nie zmienia to jednak faktu, że fani gier akcji z elementami RPG-i najnowszy tytuł od Deck 13 powinni sprawdzić, bo na pewno ich cierpliwość kolejny raz zostanie wystawiona na próbę i po prostu będą się dobrze bawić odkrywając tajemnice wielkiej korporacji.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Destiny 2