Recenzja „Titanfall 2”

Wespół z pierwszymi Tytanami niektórzy gracze walczyć mogli już przeszło półtora roku, ale ta przyjemność ominęła posiadaczy PlayStation 4. Pierwszy Titanfall zadebiutował bowiem wyłącznie na konsoli konkurencji, a tytuł przyjął się na tyle dobrze, że Electronic Arts postanowiło wydać kontynuację także na konsolę Sony.

Co więcej, kontynuacja nie tylko poprawia pierwowzór, ale także dodaje nowości, choćby w postaci kampanii dla pojedynczego gracza, której w oryginale zabrakło. Pomimo tego, że strzelanie wyłącznie po sieci dostarczało mnóstwo frajdy i potrafiło wyrwać sto lub więcej godzin z życia niektórych graczy, kampania to kolejny argument, aby się grą zainteresować, szczególnie, że jest naprawdę niezła.

W fabularnej opowieści wcielamy się w żołnierza ruchu oporu, Jacka Coopera, którego marzeniem jest zostanie pilotem i tym samym pokierowanie bojowym mechem, tytułowym Tytanem. Do tego potrzeba jednak bardziej zaawansowanego szkolenia i nabrania doświadczenia, więc na misji na Tyfonie, planecie opanowanej przez wrogą organizację IMC, musi poradzić sobie o własnych nogach i z karabinem w dłoni. Sytuacja jednak szybko ulega zmianie, bo oddział bohatera zostaje rozbity, a on traci przytomność, na szczęście uchodząc z masakry z życiem. Po przebudzeniu odnajduje opuszczonego Tytana klasy Vanguard, model BT-7274, który po śmierci swojego pilota wybiera Coopera na osobę wraz z którą dokończy powierzone mu zadanie. W ten sposób protagonista nie tylko ma szansę na wykazanie się, ale także na spełnienie swojego marzenia i zyskanie… nowego przyjaciela.

BT nie jest bowiem tylko bezrozumną maszyną, potrafiącą wyłącznie wyrzucać z siebie tony ołowiu. Choć mech oczywiście nie posiada uczuć, rozumie je, umie logicznie myśleć i nie raz, dzięki wszechstronnej analizie, umie znaleźć wyjście z beznadziejnej sytuacji. Jest też bardzo odważny i lojalny, dzięki czemu między nim a pilotem wytwarza się bardzo silna więź, co czyni z Tytana drugiego głównego bohatera produkcji, z którym można się zżyć tak samo jak z Jackiem Cooperem. Świetne są również dialogi oraz złote myśli wypowiadane przez robota – nie raz żartobliwe, nie raz bardzo rozsądne. Studiu Respawn Entertainment wyszła naprawdę fajna i zgrana para.

Rozgrywka za sterami BT to istna rozwałka. Jest dynamicznie i wybuchowo. Zwykli żołnierze nie mają z nami żadnych szans, są niczym mrówki w starciu ze słoniem i to słoniem uzbrojonym. Większym wyzwaniem są inne mechy, a największym bossowie, czyli najemnicy i członkowie IMC zasiadający za starami najodporniejszych i najlepiej uzbrojonych Tytanów. Szkoda jedynie, że potyczka z każdym bossem wygląda praktycznie tak samo i polega na unikaniu pocisków przeciwnika i nieprzerwanemu strzelaniu z własnej broni. Na szczęście wachlarz broni jest szeroki i jest w czym wybierać, oczywiście uprzednio zdobywając odpowiednie wyposażenie. Dla przykładu, dzięki zestawowi o nazwie „Ekspedycja” mamy do dyspozycji tarczę wirową, rakiety namierzające czy dym elektryczny, który po rozpaleniu zadaje obrażenia. „Spopielacz” z kolei pozwala korzystać z granatnika, tworzyć ścianę ognia czy osłonę termiczną, zaś decydując się na zestaw „Ronin” strzelamy ze strzelby z olbrzymimi pociskami, możemy momentalnie odskakiwać na dużą odległość dzięki zrywowi fazowemu czy… wymachiwać mieczem. Wszystkie zestawy dostępne są zawsze pod ręką, więc nie mamy dylematu, który rodzaj wyposażenia zabrać za sobą na misję. Co jeszcze istotne, każdy z zestawów posiada tzw. rdzeń serii, czyli swoisty superatak, który można uaktywnić po pokonaniu odpowiedniej ilości przeciwników. Posługując się powyższymi przykładami, rdzeń serii w „Ekspedycji” pozwala na wystrzelenie setek pocisków na sekundę, zaś „Spopielacz” oferuje stworzenie istnej pożogi. Siedząc za starami Tytana, przynajmniej na normalnym poziomie trudności, jesteśmy praktycznie nie do zatrzymania.

Nie zawsze jednak bohaterowie działają razem, bo BT, ze względu na swoje gabaryty, wszędzie się nie przeciśnie. Wtedy, a także w paru innych sytuacjach, jesteśmy zmuszeni wysiąść z kokpitu i kontynuować misję na własnych nogach. Wtedy gra przeradza się w zwykłą strzelankę, ale z paroma naprawdę fajnymi patentami. Pierwszym z nich jest możliwość biegania po ścianach i wykonywania podwójnych, naprawdę długich skoków, co nieraz trzeba połączyć, aby dostać się do niedostępnych dla normalnego człowieka miejsc i kontynuować powierzone nam zadanie. Drugim patentem są gadżety, w których posiadanie wchodzimy, a przede wszystkim jeden gadżet pozwalający na przenoszenie się w czasie. Polega to na tym, że znajdując się w zrujnowanym kompleksie, jednym naciśnięciem guzika przenosimy się w czasie o kilka lat wstecz, stojąc dokładnie w tym samym miejscu, ale już w niezrujnowanym, pełnym naukowców budynku. Co więcej, takie przeniesienie nie ma miejsca w jedynie w momentach zaplanowanych przez twórców, a jest częścią rozgrywki, stwarzając naprawdę spore możliwości, które bardzo dobrze wykorzystano. Aby nie zdradzać za wiele, napiszę tylko, żebyście wyobrazili sobie platformy, które są częściowo, w zależności od uniwersum czasowego, zniszczone i stanowią jedyną drogę na drugą stronę. Aby pokonać tę przeszkodę, trzeba skoczyć i w powietrzu cofnąć się w czasie, otrzymując tym samym stabilny grunt, a nie dziurę i tak na zmianę. Gra więc wymaga trochę pogłówkowania i to nie tylko z wykorzystaniem „zmieniacza czasu”, a również w innych sytuacjach, a niejednokrotnie potrzebny jest również refleks, jak podczas uruchamiania nadajnika przy użyciu narzędzia łukowego.

W ogólnym rozrachunku kampania, choć krótka, naprawdę daje radę, oferując jakoby dwa style rozgrywki i miejscami przechodzi się ja z wypiekami na twarzy, a na nudę nie ma po prostu czasu. No, może jedynie poza pierwszymi minutami, które są bardziej samouczkiem i nie pokazują w pełni siły jaka drzemie w Tytanie i jego pilocie.

Rozpisałem się o fabule, a przecież równie ważny, a nawet może ważniejszy, jest tryb sieciowy, za który gracze bardzo polubili pierwszą część gry. Co prawda w pierwowzór nie grałem, ale jeśli był tak dobry jak ten w „dwójce” to nie dziwię się, że cieszył się taką popularnością. Rozgrywka jest bowiem bardzo intensywna, a starcia pilotów i kontrolowanych przez nich Tytanów potrafią dostarczyć sporo emocji. Grać można w kilku trybach, m. in. w „Łowach”, gdzie walczy się zarówno z innymi graczami, jak i przeciwnikami sterowanymi przez sztuczną inteligencję, „Wyniszczeniu”, gdzie walczy się sześć na sześć i po śmierci trzeba czekać do końca rundy, „Do ostatniego Tytana”, gdzie ścierają się wyłącznie mechy czy „Koloseum”, które jest po prostu walką jeden na jednego. Nie zabrakło oczywiście standardowych trybów jak deathmatch czy capture the flag.

Przed sieciową walką możemy dostosować zarówno uzbrojenie pilota jak i Tytana, które pokrywają się z tymi dostępnym w kampanii. Warto zwrócić uwagę na wzmocnienia, odblokowywane za zdobywane doświadczenie, które zwiększają obrażenia, pozwalają na oznaczanie pozycji wrogów czy wyposażają bohatera w pistolet cyfrowy z autonamierzającymi nabojami. Istotne jest również wybranie odpowiedniego gadżetu dla postaci – do wyboru jest m. in. lina z hakiem ułatwiająca przemieszczanie się, nóż do rzucania z funkcją sonaru ujawniającego przeciwników czy możliwość maskowania. Kiedy już dobierzemy odpowiedni sprzęt, zostaje wskoczyć wprost na pole walki i zabicie jak największej liczby przeciwników, ewentualnie wykonanie innych, definiowanych przez wybrany tryb, celów.

Wady trybu sieciowego? Czasem zdarza się, że wyszukiwanie gier trwa zbyt długo, szczególnie w godzinach porannych, ale raz, że nie jest to normą, a dwa, że jeśli matchmaking rzeczywiście jest wolniejszy to tylko w mniej popularnych trybach. Drugą wadą, trochę na siłę, jest tylko dziewięć dostępnych w dniu premiery map, szczególnie, że w oryginale było ich więcej, ale i tak – nawet po ich dogłębnym poznaniu – multiplayer sprawia dużą frajdę. Jakichkolwiek lagów nie uświadczyłem.

Jeśli chodzi o grafikę to należy stwierdzić, że Titanfall 2 wygląda bardzo dobrze, choć tak naprawdę nie ma gdzie się wykazać. Brak tutaj zapierających widoków, a większość czasu spędzamy pośród zniszczonych zabudowań lub we wnętrzu fortyfikacji czy na otwartej, zalesionej przestrzeni. Oprawa nie razi jednak w oczy, a wszelkie efekty są na dobrym poziomie, choć zbyt zniszczalnego otoczenia nie uświadczymy. Również muzyka potrafi zbudować klimat i pasuje do wydarzeń dziejących się na ekranie.

Podsumowanie

Problemem drugiego Titanfalla jest okres, w którym gra ukazała się na rynku. Jest to naprawdę intensywna i przemyślana strzelanka, która jednak, siłą rzeczy, nie ma szans z wydanym chwilę wcześniej Battlefieldem 1 i wydanym chwilę później Call of Duty: Infinite Ward. Szkoda, bo kampania ma parę świetnych momentów, jak wspomniany poziom z przenoszeniem się w czasie, oraz dwójkę łatwych do polubienia bohaterów, a multiplayer potrafi dostarczyć sporo emocji. Mam nadzieję, że pomimo wspomnianych trudności gra od studia Respawn Entertainment sprzeda się na tyle dobrze, że marka nie pozostanie porzucona. Tytany bowiem sprawdzić się mogą w jeszcze niejednej walce.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Assassin's Creed Origins