Recenzja „Transformers: War for Cybertron”

Kiedy dostałem do recenzji grę Transformers: War for Cybertron, miałem w pamięci fakt, jakim badziewiem były poprzednie „filmowe” gry z logiem Autobotów. Na szczęście gra okazała się… dobra! Kiedy dostałem do recenzji grę Transformers: War for Cybertron, miałem w pamięci fakt, jakim badziewiem były poprzednie „filmowe” gry z logiem Autobotów. Na szczęście gra okazała się… dobra!

Akcja nowych Transformerów przenosi się kilkaset lat wstecz (względem filmów czy pierwszej serii kreskówek) na rodzinną planetę Robotów – Cybertron, na której trwa zacięta wojna pomiędzy złymi i rządnymi władzy Decepticonami, a miłującymi pokój i zbieranie kwiatków Autobotami. Walka pozostaje nierozstrzygnięta, do czasu, gdy przywódca „tych” złych – Megatron – znajduje nową, potężną broń, a szala zwycięstwa zdaje się przechylać na stronę zła. Wtedy na scenę wkracza ten „dobry”, wszystkim doskonale znany, waleczny, o dzielnym mechanicznym sercu, czyli Optimus (jeszcze nie Prime), który musi zjednoczyć i poprowadzić Autoboty do zwycięstwa!

Fabuła w Wojnie o Cybertron nie jest jakaś wyszukana ani odkrywcza i zwykły zjadacz zero-jedynkowego chleba zje ją bez żadnej większej podniety. Nie ma tutaj ani jakiś wielkich i zaskakujących zwrotów akcji, ba, nawet zakończenie podzielonej na dwie mini–kampanie (każda po pięć dużych misji dla obu stron konfliktu) historii nie jest sycące.

Ale wszytko nabiera rumieńców, jeżeli wychowałeś się na Transformerach i pamiętasz zdradliwego Starscreama – wtedy z radością dowiesz się jak to się stało, że przystał on do Decepticonów. Łzy szczęścia popłyną ci obficie po policzku, gdy zobaczysz Zeta Prime’a, poprzednika Optimusa, w końcu poczujesz nostalgię, gdy zobaczysz jak ten ostatni kompletuje jako początkujący przywódca swoją ekipę (np. będziesz świadkiem spotkania żółtego Bumblebee). A gdy przeżyjesz to wszystko autorzy serwują piękne pożegnanie w postaci kultowych napisów końcowych.

Jeżeli zużyte już jak stara opona powiedzenie „od fanów dla fanów” ma jeszcze jakąś wartość – to wydaje się ono idealnie pasować do War for Cybetron i jego twórców.

Posłodziłem trochę deweloperowi, więc teraz nadszedł czas, aby napisać co mi nie przypadło do gustu.

Po primo: Cybertron. Tak, nie spodobał mi się desing całej planety, jest ponury, nie ma na czym zawiesić oka, kolejne lokacje niewiele się od siebie różnią, co z kolei jeszcze bardziej wyjaskrawia problem monotonnej rozgrywki (ale o tym później). Oczywiście, są momenty, gdy przez parę chwil widzimy ciekawe widoki (przypominające mi trochę krajobrazy z Matrixa), do tego drzwi i czasem nawet drogi fachowo się transformują, ale nie zmienia to faktu, że gra z wyglądu jest ponura i chyba tylko Gearsy jedynka mają uboższą paletę kolorów.

Po secundo: roboty. I nie chodzi mi o ich wygląd – bo ten jest czaderski (coś pomiędzy klasyką a kinówkami), co o brak poczucia potęgi grania robotem z racji tego, że roboty nie są olbrzymami jak na Ziemi a Cybertron jest ich rodziną planetą przez co wszystko tutaj jest zbudowane na ich miarę. Przez większość gry czułem się jakbym po prostu grał człowiekiem i tylko genialne transformacje w pojazdy, skoki z większej wysokości i soczyste ciosy bronią białą (i lejąca się wokół juchą) przypominały mi, że kieruję wielką maszyną. Ale niestety to chyba wina wyboru miejsca akcji. No cóż: coś za coś.

Co wyróżnią Wojnę o Cyberton? Roboty nie korzystają z osłon a biegają radośnie, zbierając na klatę ołów z broni przeciwnika. Może to i archaiczne zagranie, ale spróbuj sobie wyobrazić wielkiego robota kryjącego się za osłoną. Kolejnymi wyróżnikami są: brak systemu pełnego odnawialnego życia i chroniczny brak amunicji czego akurat nie rozumiem. Gram wielką maszyną do zabijania, której ręka transformuje się w jedną z wielu broni (od snajperek po pistolety, strzelby, obrotówki, działka na granatnikach i na wyrzutniach kończąc) a ja nie mogę ostro dać w palnik i wyrżnąć przeciwników w pień, bo cały czas muszę latać jak kot z pęcherzem szukając składzika z amunicją? Domyślam się, że miało to przyśpieszyć rozgrywkę, ale tutaj chyba deweloper ciut przedobrzył. A szkoda, bo z broni strzela się jak najbardziej przyjemnie i czuć ich moc.

Mam też wątpliwości co do wspomnianego obecnego trybukooperacji, a ściślej: do braku jego kanapowej edycji. O ile po sieci gra się bardzo przyjemnie nawet na najwyższym poziome trudności, to granie w kampanię dla pojedynczego gracza samemu to czyste samobójstwo, ponieważ SI kompanów nie używa nawet 30 procent możliwości bojowych postaci. A przeciwnicy nie lubią zadawać się z głupkami, więc całą swoja uwagę kierują na Ciebie, co o przy ograniczonej amunicji sprawia, że przejście tej gry na hardzie jest tak samo możliwe jak przeżycie na krakowskiej Nowej Chucie ubrany w barwy warszawskiej Legii. Mission Impossible.

Te niedopatrzenia twórców i tak nie zmienią faktu, że niemałą satysfakcję sprawia zmiana w samochód, podjechanie do przeciwnika i załatwienie go z broni białej w tle rozbryzgującego się paliwa. Czysta moooc! Szkoda, że misje nie zaskakują swoją budową (chodź jest parę wyjątków – szczególnie misje latające) i są bardzo schematyczne: polegają głównie na rozwaleniu wszystkich przeciwników w zasięgu wzroku.

Zaskoczył mnie (miło) tryb dla wielu graczy. Mimo że nie jest odkrywczy i mamy do czynienia z kalką kilku znanych z innych gier rozwiązań (perki, zdobywanie punktów doświadczenia, klasy postaci itd.) oraz trybów to multiplayer zadziwia rozbudowaniem, przyjemnością płynącą z gry i ciekawie zaprojektowanymi mapami. Szkoda tylko, że dość mało ludzi gra na serwerach w tryby inne niż radosne drużynowe naparzanie…

Zrobić brzydką grę na silniku Unreala 3 to nie lada wyzwanie i Transformersy nie są grą brzydką. Pewnie, że ciemne kolory maskują skutecznie niedoróbki, ale wygląd robotów i od czasu do czasu jakiś niewielki skryp (czytaj: na horyzoncie rozwala się statek lub na drugim planie toczy się mała potyczka) sprawiają, że gra może się podobać. Gracz, który nie szuka w każdej grze drugiego Uncharted będzie usatysfakcjonowany ogólną prezencją.

Jeszcze lepiej sytuacja prezentuje się od strony audio. Przyjemna muzyka pompuje adrenalinę potrzebną do akcji a dubinng wypadł świetnie. Do tego Optimus mówiący swoim oryginalnym głosem „Autobots… Transform and Roll Out!” zabija na miejscu.

Gra jest najzwyczajniej w świecie dobra a porównując do wcześniejszych gier z logiem Transformersów – wybitna. Widać, że developer znał temat na wylot i dostarczył porządnego szpila. Może nie jest to zakup pierwszej potrzeby, ale jeżeli dorwiesz ją za jakieś normalne pieniądze, wiedz, że możesz śmiało atakować.

Zostaw komentarz