Recenzja „Uncharted 4: Kres Złodzieja”

W ostatnich latach Nathan Drake się nie nudził. Najpierw podążał śladami swojego przodka, Francisa Drake’a, pragnąc trafić do mitycznego El Dorado, potem trafił w wysokie Himalaje, aby odnaleźć wielki kamień Chintamani, a na koniec przemierzył pustynię Ar-Rab al-Chali szukając zaginionego miasta zwanego Iremem Filarów. Nie były to wyprawy łatwe, gdyż na bohatera i jego przyjaciół czekało wiele niebezpieczeństw, zarówno ze strony adwersarzy podążających ich śladami i chących zgarnąć ukryte bogactwa dla siebie jak i ze strony różnorakich pułapek skonstruowanych przed setkami lat.

I kiedy lubiany przez wszystkich bohater chciał skończyć z życiem na krawędzi i w końcu się ustatkować, do jego biura przychodzi ktoś, przez kogo musi odłożyć plany o statecznym życiu na później…

NATHAN NIE JEST SAM

Tą osobą jest Sam, brat Nathana, uznawany od 15 lat za zmarłego. Pojawia się on nie bez przyczyny, gdyż popadł w poważne tarapaty i protagonista jest jedyną osobą, która może pomóc mu się z ich wykaraskać. Samuel zbyt dużo naobiecywał nieodpowiednim ludziom i teraz, aby nie skończyć głęboko w ziemi, musi się wykupić. I to wykupić za niemałą kwotę, bo za połowę legendarnych bogactw ukrytych gdzieś przez Henry’ego Avery’ego, pirata grasującego po morzach pod koniec XVII wieku. Największym problemem jest jednak to, że rzeczony skarb trzeba najpierw odnaleźć i nie wystarczy dostać się do miejsca oznaczonego czerwonym krzyżykiem na podniszczonej mapie. To właśnie do tego Samowi potrzebny jest Nathan, specjalista w dziedzinie odkrywania tajemnic naszego świata.

Historia opowiedziana w Uncharted 4 jest bardziej poważna niż w poprzednich odsłonach, choć cały czas znalazło się miejsce dla bardziej luźnych i żartobliwych momentów. Historia jest też swoistym podsumowaniem wszystkich odbytych do tej pory przygód i jeszcze bardziej przybliża nam nie tylko życiorys Nathana (i siłą rzeczy jego debiutującego rodzeństwa), ale także Eleny czy Sully’ego. Co jednak najważniejsze, historia trzyma nas cały czas w napięciu, a droga do skarbu Avery’ego pełna jest niebezpieczeństw, tajemnic i zwrotów akcji. I do tego jest długa, przynajmniej o połowę dłuższa niż te z poprzednich odsłon. Opowieść nie tylko rozśmiesza, ale też potrafi wzruszyć i widać, że spory wpływ na najnowszego Uncharteda miała poprzednia, wyśmienita gra twórców – The Last of Us.

NATHAN I ELLIE

Wpływ Ostatniego z Nas widać nie tylko w napisanym scenariuszu, ale także w rozgrywce, podczas której praktycznie na każdym etapie ktoś nam towarzyszy. Głównie jest to brat, ale niejednokrotnie u naszego boku podąża Elena, Sullivan czy wręcz wszyscy na raz. Oczywiście w poprzednich odsłonach także podążaliśmy z towarzyszami, ale w tej odsłonie współpraca jest najbardziej owocna. Kompani oprócz podpowiadania, kiedy się zatniemy czy rzucania „sucharami” na lewo i prawo, bardzo przydatni są również w walce. Kiedy przeciwnik chwyci nas od tyłu od razu doskakują do niego i pomagają oswobodzić się z uchwytu, kiedy zaś skradamy się w wysokiej trawie, aby bezszelestnie wyeliminować wrogów zachodzą ich i pomagają wyeliminować. Naughty Dog zdecydowało się w tym przypadku na zastosowanie znanego patentu, że w momencie, kiedy wrogowie nas nie widzą to nawet jak towarzysz zachowa się bezmyślnie i wystawi się im to oni całkowicie go ignorują. Sztuczna inteligencja rzadko dopuszcza do takich sytuacji, ale kiedy taka już się zdarzy to przynajmniej nie irytuje fakt, że przez błąd gry nasze poczynania są zaprzepaszczane.

Największe nowości, jakie wprowadził Uncharted 4 w stosunku do poprzednich odsłon serii, to wspomniane etapy skradnkowe – także nasuwające na myśl The Last of Us, linka z hakiem oraz otwarte lokacje, w których można obrać kilka dróg do celu. Ta ostatnia nowość nie jest tak rozbudowana, jak zapowiadali to przed premierą twórcy, ale rzeczywiście można trochę się pokręcić, a w niektórych sytuacjach wręcz ominąć niezauważenie całą grupę wrogów. Niestety, odniosłem wrażenie, że zbytnia otwartość terenu miejscami spowalniała akcję i wprowadzała lekką monotonię, ale – podkreślam – lekką, wręcz leciutką, wynagradzaną przede wszystkim pięknymi widokami.

Linka z hakiem to z kolei fajny gadżet urozmaicający rozgrywkę, jednak jej stosowanie ograniczone jest przez wskazanie przez twórców miejsc, w których można się zaczepić. Znajduje więc ona zastosowanie przede wszystkim podczas spokojnej eksploracji, kiedy nie ma innego sposobu, aby dostać się na oddaloną półkę skalną czy do głębokiej studni niż rozhuśtanie się lub powolne spuszczenie w dół. Oczywiście, podczas starć czasem przeskoczy się przy użyciu liny do daleko znajdujących się przeciwników, ale ma to miejsce zgoła rzadziej niż podczas zwiedzania.

Odnośnie skradania z kolei, oprócz przemykania w zaroślach przeciwnicy otrzymali wskaźnik, który pokazuje czy nas zauważyli czy jeszcze nie. Jeśli się wypełni, wróg krzykiem ściąga swoich pobratymców i zaczyna się regularna strzelanina. Jeśli uda nam się pozostać niezauważonym to oprócz satysfakcji płynącej z naszych umiejętności skradankowych, na ogół unikamy walki, co jest istotne szczególnie na wyższych poziomach trudności. Dla ułatwienia pojawiła się opcja oznaczania oponentów, dzięki czemu cały czas widzimy ich pozycję i możemy rozplanować trasę. Twórcy dają więc graczom wybór, co do stylu rozgrywki i takie rozwiązanie jest najbardziej optymalne – z jednej strony Uncharted nadal jest Unchartedem, a z drugiej mamy do czynienia z lekkim powiewem świeżości i urozmaiceniem rozgrywki.

Przy okazji poprzednich odsłon serii gracze czasem narzekali, że trzy najistotniejsze elementy rozgrywki, czyli sekwencje akcji i strzelania, eksploracji oraz rozwiązywania zagadek są nieproporcjonalnie rozplanowane, tzn. raz było za dużo wymian ognia, a innym razem zbyt dużo zwiedzenia. W Uncharted 4 wszystkie te elementy są zrównoważone i niczego nie jest ani za dużo, ani za mało. Sekcje strzelane są intensywne, niejednokrotnie efektownie oskryptowane i niesamowicie dynamiczne. Twórcy poprawili ciężar dzierżonych przez bohatera broni, dzięki czemu wysyłanie pocisków w stronę przeciwników sprawia jeszcze większą satysfakcję, choć tych nie tak łatwo trafić, gdyż posiadają nieźle zaprogramowaną sztuczną inteligencję i skutecznie się kryją oraz szukają możliwości zaskoczenia gracza. Podczas eksploracji z kolei, oprócz podziwiania wspaniałych widoków, poznajemy świat gry, w którym do odkrycia czeka wiele tajemnic, wszytko skrzętnie notując w swoim notatniku. Nie zabrakło także kolejnych skarbów do odnalezienia, a niejednokrotnie, aby dostać się do świecidełka, trzeba naprawdę sporo się nagimnastykować. Czasem, zamiast skakania z gzymsu na gzyms, na drodze Nathana staje wymagająca rozwiązania zagadka. Nie są co prawda one za bardzo skomplikowane, ale wymagają pogłówkowania i widać, że zostały zaprojektowane przez twórców z pomyślunkiem.

JADĘ NA MADAGASKAR!

Nie tylko rozgrywka jest mocną stroną nowego Uncharteda, ale także wrażenie robi warstwa wizualna gry. Naughty Dog, zresztą nie po raz pierwszy, wspięło się na wyżyny i dostarczyło najładniejszą grę na PlayStation 4 do tej pory. Tytuł zachwyca modelami postaciami i ich animacją. Ta jest tak świetnie zrobiona, że można mieć wątpliwości czy na ekranie podczas scenek przerywnikowych widzimy komputerową animację czy prawdziwych aktorów. Dech w piersiach zapierają też wszelkie scenografie, a po przejażdżce jeepem po błotnistych terenach Madagaskaru czy rejsie motorówką wokół niedaleko oddalonych, tropikalnych wysepek długo nie można zebrać swojej szczęki z podłogi ze względu na plastyczność i kolorystykę tych otwartych lokacji. Na wielkie słowa uznania zasługuje także fizyka zaimplementowana w grze, jej działanie widać chociażby podczas popularnej, pokazywanej przed premierą tytułu, sceny ucieczki samochodowej przez miasto. Rozbijanie po drodze straganów, wybuchające wokoło pojazdy – to wszystko, a rzadko używam tego słowa, wygląda po prostu fenomenalnie! A że wspomnę jeszcze o niesamowitej ilości szczegółów, na które przy pierwszym przejściu nawet nie zwraca się uwagi, jak mrużenie oczu przez towarzyszące postacie, kiedy świecimy im w oczy latarką… Jedyny, drobny zarzut mógłbym skierować tylko w stronę ścieżki dźwiękowej, gdyż zaledwie jeden czy dwa utwory brzęczą mi w uszach do tej pory i zabrakło utworu, który kojarzyłby mi się z czwartą częścią na dłużej. Bardzo dobrze, zresztą po raz kolejny, spisała się polska ekipa dubbingująca z Jarosławem Boberkiem na czele i nie widzę problemu, aby od razu przechodzić tytuł w pełnej, rodzimej wersji językowej.

POSZUKIWACZY SKARBÓW JEST WIELU

Tryb sieciowy Uncharted 4 mogliśmy sprawdzić już jakiś czas przed premierą gry, bowiem Naughty Dog zdecydowało się na otwartą betę. Od niej wiele się nie zmieniło, ale to nie dziwi, gdyż multiplayer sprawia niemałą frajdę. Po krótkim, kilkuminutowym samouczku od razu możemy przystąpić do walki z innymi graczami. O dziwo, walczyć możemy tylko w trzech trybach – drużynowym deathmatchu, odpowiedniku capture the flag oraz przejmowany stref, ale to dobrze, gdyż z doświadczenia wiem, że rozdrabnianie się nie sprawdza, a gracze w innych tytułach i tak głównie grają właśnie w te tryby. Istotne, że mecze, dzięki niedługiemu czasowi odradzania po śmierci i dobrze skonstruowanych, średnio dużych mapach, są szybkie i pozbawione odczucia bezsensownego biegania po mapach. Grać można co prawda tylko bohaterami znanymi z serii, ale możliwości kustomizacji są na tyle duże, że można bez problemu stworzyć postać odróżniającą się w wystarczająco dużym stopniu od innych – do wyboru są różne stroje i elementy garderoby, które, w większości, trzeba odblokować za zdobywaną (lub kupioną) walutę. W samej rozgrywce najciekawsze są natomiast profity. Oprócz najtańszych granatów czy bomb dymnych, bardziej interesujące – i niewątpliwie bardziej skuteczne – jest przyzwanie dodatkowych sojuszników czy wykorzystywanie mistycznych sił. Tymi pierwszymi są m. in. snajper precyzyjnie eliminujących przeciwników czy osiłek masakrujący swoich oponentów z miniguna. Jeśli chodzi o mistyczne siły to dzięki Wieczności Indry możemy spowolnić ruchy przeciwników, Duch Dżina umożliwia teleportacje, dzięki Konsturowi Ayara Manco można poznać lokalizację wrogów, a Gniew El Dorado sieje prawdziwe zniszczenie wśród szeregów przeciwnika. Jest więc różnorodnie i nieprzewidywalnie.

Oprócz rozgrywek sieciowych, można także pobawić się w swoiste wyzwania na różnych poziomach trudności. Są to po prostu starcia z botami, gdzie trzeba wypełnić postawione cele z wykorzystaniem wszystkich dostępnych gadżetów z trybu sieciowego. Ogólnie rzecz biorąc, tryb wieloosobowy to niewątpliwie przedłużenie przygody z tryb dla pojedynczego gracza i serwery na pewno szybko się nie wyludnią. Jako ciekawostkę trzeba też zaznaczyć, że o ile kampania dla pojedynczego gracza działa w stałych, 30 klatkach animacji na sekundę, tak w multiplayerze oglądać możemy wszystko w 60 klatkach, co na konsolach cały czas, niestety, nie jest dość często spotykane.

Podsumowanie

Uncharted 4: Kres Złodzieja to idealne zwieńczenie przygód Nathana Drake’a. Gra nie dość, że zawiera wszystkie najlepsze elementy z poprzednich tytułów to jeszcze je rozwija, a dzięki możliwościom PlayStation 4 wszystko możemy oglądać w naprawdę wspaniałej oprawie graficznej. Nadto historia potrafi chwycić za serce, a jednocześnie rozbawić i fani, którzy ponad cztery lata czekali na kolejną wyprawę największego, growego poszukiwacza skarbów na pewno nie będą zawiedzeni. Takiej przygody długo już nie przeżyjemy.

Zostaw komentarz

Na tapecie
DOOM Eternal