Recenzja „Uncharted: Zaginione Dziedzictwo”

Są takie książki, filmy, seriale czy w końcu gry, których kontynuacji nie wyobrażamy sobie bez konkretnych postaci w rolach protagonistów. Trudno bowiem byłoby mówić o Breaking Bad bez Waltera White’a, sagi Gwiezdnych Wojen bez rycerzy Jedi czy Crasha Bandicoota bez… Crasha. Do tej pory nie wyobrażaliśmy sobie także serii Uncharted bez Nathana Drake’a, który szukał skarbów w pięciu jej odsłonach. Nathan przeszedł jednak na emeryturę, a jego miejsce zajęła Chloe Frazer, którą mieliśmy już okazję poznać. Jak w nowej roli spisała się „przyjaciółka” Nathana?

Już w Uncharted 2 mogliśmy zauważyć, że Chloe jest równie odważną, co piękną dziewczyną, a kilkugodzinne obcowanie z nią w Zaginionym Dziedzictwie tylko potwierdza tę obserwację. Teraz jednak musi działać na własną rękę, aby upolować legendarny skarb spośród indyjskich lasów – Kieł boga Ganeśi schowany gdzieś w Halebidu, stolicy historycznej dynastii Hojsalów. Na szczęście, mimo działania na własną rękę, nie jest sama, bo towarzyszy jej inna, aspirująca poszukiwaczka skarbów, a jeszcze niedawno szefowa ugrupowania płatnych najemników – Nadine Ross.

Tę panią znamy całkiem od niedawna, bo z Uncharted 4, gdzie była naszą… antagonistką. Najważniejsze jednak, że Nadine ostatecznie zmieniła stronę i z Chloe dogaduje się całkiem nieźle (choć czasem potrafią się pokłócić), pomaga jej, jak może, a ponadto nie czuje już urazy do Nathana Drake’a. Antagonistą w Zaginionym Dziedzictwie jest z kolei Asav, przywódca rebeliantów walczących z indyjskim rządem, który również – a jakże – szuka Kła. Fabułę można więc uznać by za schematyczną, bo ponownie to my odwalamy brudną robotę, z której korzysta wróg, ale… bądźmy szczerzy, to nam się nigdy nie znudzi, a mimo, że jeszcze relatywnie niedawno kończyłem Uncharted 4, a przed chwilą ukończyłem Zaginione Dziedzictwo, już mam ochotę na wzięcie udziału w kolejnej wyprawie po skarb. Bo, tak jak poprzednio, podczas przechodzenia historii nie zabrakło wszystkich charakterystycznych dla serii elementów, jak dynamicznych i wybuchowych sekwencji, zwrotów akcji czy zabawnych dialogów. I najważniejsze – Chloe dała radę, jej wyprawa jest równie emocjonująca i nie czuć tego, że Nathan odpoczywa sobie przed telewizorem gdzieś po drugiej stronie globu – choć nie oznacza to oczywiście, że nowa bohaterka jest równie charyzmatyczna, co Drake i mogłaby zastąpić go na stałe. Szkoda też, że twórcy po raz kolejny zdecydowali się na wykorzystanie sprawdzonych patentów, jak np. „spacerze” po jadącym pociągu.

Rozgrywka to również to, co znamy ze wszystkich poprzednich odsłon. Przez dziewięć rozdziałów więc zarówno podziwiamy przyrodę oraz konstrukcje zbudowane przez naszych przodków, jednocześnie się po nich zwinnie wspinając, jak i mierzymy się przeciwnikami i kierowanymi przez nimi pojazdami, a także rozwiązujemy kilka logicznych zagadek, których w trakcie poszukiwania Kła nie zabrakło. Układamy symbole odpowiednio obracając pierścieniami, bawimy się cieniami czy unikamy śmiertelnego ciosu od posągu skacząc na odpowiednie platformy. Pokombinować trzeba, ale prędzej czy później znajdzie się odpowiednie rozwiązanie, a więc zagadki są nie tyle co przystępne, a wyważone. Zdaje się też, że rozgrywka zdecydowanie większy nacisk kładzie na skradanie, bo choć każde spotkanie z przeciwnikami można rozwiązać siłowo, zdecydowanie bardziej opłaca się to zrobić po cichu – raz, że sprawić to może nieco więcej satysfakcji, dwa, że na każdym obszarze jest sporo miejsce, gdzie można się ukryć, np. w gęstych i wysokich zaroślach, a trzy, w ten sposób unikniemy wzywania posiłków i jeszcze większej ilości przeciwników do pokonania. Wybór należy oczywiście do gracza.

W końcu nie zabrakło także jednego, otwartego rozdziału, który przemierzamy kierując jeepem. Mam wrażenie, że jest to etap jeszcze bardziej otwarty niż Madagaskar. Mamy dostępną mapę, na której zaznaczane są najważniejsze miejscówki i dzięki której orientujemy się gdzie jesteśmy oraz jak najszybciej dojechać do pożądanego miejsca. Oprócz miejscówek fabularnych, do odwiedzenia jest także sporo miejsc opcjonalnych, w których możemy zbierać skarby, rozwikływać proste łamigłówki czy po prostu robić zdjęcia, które Chloe zapisuje w pamięci swojego telefonu (swoją drogą, praktyczne niezniszczalnego) i które w Zaginionym Dziedzictwie stanowią jedne ze znajdziek. Zbierać można także hojsalskie monety, których skolekcjonowanie odblokowuje całkiem przydatny gadżet. Summa summarum w czwartym rozdziale, odwiedzając każdy kąt, można spędzić ponad dwie godziny, co jest czasem, jak na Uncharted, naprawdę zacnym, choć pewnie niektórych może to delikatnie znudzić, bo akcja jednak przez to nieco zwalnia.

Z tego wszystkiego zapomniałbym o nowości w gameplay’u, jaką jest otwieranie zamków – mechanizm ten wygląda jednak tak samo, jak w wielu innych grach, a więc trzeba obracać wytrych, aż natrafi się na odpowiedni moment, który sugerują wibracje, i tym samym odblokuje się jedną z kilku zapadek. Inną nowością jest przejażdżka na grzbiecie pewnego afrykańskiego zwierzęcia, tyle tylko, że w indyjskiej wersji. W grze nie zabrakło także trybu wieloosobowego, który jest dokładnie tym samym trybem sieciowym, co w Uncharted 4, tyle, że z kilkoma nowymi skórkami (m. in. Chloe czy Asavem) oraz lekko zmodyfikowanym trybem Przetrwania. Istotne jest jednak to, że nie posiadając Uncharted 4, można się bawić z jego posiadaczami w trybie wieloosobowym. W tytule nie zabrakło także naturalnie polskiego dubbingu, jednak tym razem bez udziału Jarosława Boberka, z wiadomych chyba względów. Rodzime głosy, mimo to, brzmią jednak cały czas dobrze i bez problemu można ukończyć tytuł słuchając Anny Gajewskiej czy Ewy Jakubowicz.

Podsumowanie

Odpowiadając na pytanie ze wstępu – Chloe Frazer spisała się w nowej roli znakomicie, a zwiedzając kolejne konstrukcje Hojsalów nawet przez moment nie tęskniłem za Nathanem Drakiem. Cieszy więc, że seria Uncharted może istnieć bez najpopularniejszego w grach wideo poszukiwacza skarbów, co może dawać nadzieję na kolejne, równie udane jak ten, spin-off’y. Bo w ten sposób zdecydowanie należy traktować Zaginione Dziedzictwo – nie jako rozszerzenie do Uncharted 4, a jako osobną, nieco krótszą historię. Jej krótszy czas trwania rekompensowany jest przez niższą cenę, a epickość, z jakiej słynie seria, jest taka sama. Wkraść się może jedynie lekkie déjà vu i znużenie, kiedy któryś tam już raz przeskakujemy podobne do siebie półki skalne lub przechodzimy z tyłu na przód jadącego pociągu… Bądź co bądź jednak, kolejny skarb został odnaleziony.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Destiny 2