Recenzja „Valkyria Chronicles”

Słyszysz Wojna – myślisz FPS . Nic dziwnego, obecna generacja konsol jest zdominowana przez „strzelanki”, „siekanki”, „Wii-shit” i „muzykowanie”. W takich czasach przyszło nam grać. Twórcy i wydawcy rzadko kiedy eksperymentują, boją się, że włożone w projekt pieniądze pójdą sobie – delikatnie mówiąc – w las, a programowanie na nasze kochane HD maszynki jest kosztowne i czasochłonne. Lecz na szczęście istnieją firmy, które potrafią sypnąć groszem by stworzyć dzieło, wybijające się na tle innych produkcji. Właśnie taką grą jest Valkiria Chronicles.

Niestety, najnowszemu dziecku Segi przyjdzie podzielić los innych ambitnych gier takich jak Okami czy Ico, czyli najzwyczajniej się nie sprzedać, dlaczego? Po pierwsze w tej grze trzeba myśleć, a tego gracze niedzielni nie lubią. Po drugie, Kroniki Walkiri to niezbyt popularny gatunek gier, bo mamy tu do czynienia ze strategią turową.

„Gdzie dwóch się bije tam trzeci się… broni”

Historia przenosi nas na kontynent zwany Europą (och jaka ambitna nazwa), która jest podzielona między dwa mocarstwa: Federację i Imperium, a pomiędzy nimi znajduje się malutkie państwo zwane Galią (nie, nie ma tutaj dwóch dzielnych Galów dających wycisk Cezarowi, ani magicznego napoju). Całość przypomina „naszą” Europę przed wybuchem II Wojny Światowej z małymi wyjątkami, w grze nie uświadczymy samolotów, a wszystkie pojazdy napędzane są przez tajemniczy metal zwanym Ragnitem. Akcja zaczyna się gdy (złe) Imperium atakuję Galię. Naszym bohaterem jest Welkin Gunther, młody mężczyzna, który pragnie zostać nauczycielem biologii i nie garnie się do wojaczki, ale jak wiadomo na wojnie nie ma zmiłuj i przyda się każda para zdrowych rąk, zdolnych strzelać z karabinu. Z godnie ze standardami, nieoczekiwanie okazuje się, że nasz przyszły badacz przyrody to urodzony przywódca, który wraz ze swoim oddziałem może przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Galian.

Grę zrobili Japończycy, co widać po samej fabule, która emanuje takimi „egzotycznymi” niespodziankami jak: rodzenie w czołgu, Hanz- świnka ze… ze skrzydłami, czy dziewczyny potrafiące jednym machnięciem „świdra” zniszczyć czołg – takie standardowe pomysły rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni, które dla tych co mają do czynienia z japońską kulturą na co dzień, niczym dziwnym nie będzie, a dla ludzi nieprzyzwyczajonych do takich pomysłów, może się to wydać trochę absurdalne. Autorzy na 100% w swoim studiu mieli rozkładówkę z Kojimą i za cel postawili sobie przebić MGS’y pod liczbą filmików. To co się tutaj dzieje to istne Hollywood, na jedną bitwę przypadają co najmniej cztery dość długie wstawki FMV, które w większości działają jak dobry środek usypiający. Na szczęście prawie cała gra jest porządnie zdubingowana i to nie tylko raz, ale dwa razy! Bo oprócz imperialistycznego Angielskiego, mamy też do wyboru Japoński (angielskie napisy)! Miły dodatek dla tych, którzy lubią zagrać w „oryginał” i nie przepadają za angielskim voice-actingem, lub są fanami anime. Niemniej, ta naiwna i przewidywalna historyjka stanowi miłą odskocznię od tego czym na co dzień raczą nas twórcy innych gier.

„My czterej Pancerni powrócimy, wierni…”

Otóż jak wspomniałem na początku, Valkiria Chronicles jest strategią turową. Słowo strategia często łączy się ze słowami – myślenie i planowanie, o czym panowie z Segi nie zapomnieli dając nam przed każdą misją odprawę wyjaśniającą najważniejsze cele do zrealizowania. Co jest bardzo przydatne, bo mimo, że w większości misje polegają na zdobyciu obozu przeciwnika, to niekiedy trafiają się rodzynki takie jak: próba zniszczenia olbrzymiego czołgu, odbicie porwanej królowej, czy ucieczka z, będącego pod ostrzałem moździerzowym lasu. Niektóre z zadań zaliczamy z marszu „na Jana”, a przy innych będziemy musieli mocno pogłówkować.

W tej grze odpowiedni dobór postaci i broni do zadania, to połowa sukcesu. A mamy w czym wybierać, bo do naszego oddziału możemy powołać: Snajperów, Zwiadowców, Piechurów z karabinami maszynowymi, Inżynierów rozdających amunicje, demontujących miny, naprawiających pojazdy i fortyfikacje, oraz Lancerów mających na swoim wyposażeniu potężne „rakietnice”, mogące zniszczyć czołgi. Stalowe bestie oprócz standardowego wyposażenia typu: działo przeciwpancerne, karabin maszynowy, mają na stanie taki ekwipunek, jak moździerz potrafiący trafić ukrytego za osłoną przeciwnika, czy pocisk dymny, który po wystrzeleniu pokrywa pewien obszar gęstą jak mleko zasłoną dymną(W której ,możemy się ukryć przed wrogimi żołnierzami) . W raz z postępami w grze, będziemy mogli rozbudować naszym podkomendnym ekwipunek, dając np.: Szturmowcom miotacz ognia, zwiększający obrażenia zadawane w zwarciu lub kupując mocniejszy pancerz do czołgu. Ciekawe jest też to, że członkowie naszego oddziału są opisani pokaźną liczbą cech i to nie tylko takimi podstawowymi jak: zasięg broni, zadawane obrażenia czy ilość życia. Każda postać ma swoje sympatie i antypatie, fobie, uczulenia, co ma realne przełożenia na efektywność podczas walki, tak więc bohaterowi mającemu alergię na pyłki będzie się skracał pasek życia, a człowiek urodzony w mieście dostanie bonus za walkę uliczną.

Największe zaskoczenie czeka nas już po odprawie podczas właściwej rozgrywki. Bo mimo, że gra podzielona jest na tury podczas której wydajemy rozkazy na zmianę z naszym przeciwnikiem, to po wybraniu z ekranu mapy członka naszej wesołej kompanii, kamera „siada” nad ramieniem jak w rasowej grze TPP! Możemy biegać (co zużywa pomarańczowy pasek akcji, który po wyczerpaniu blokuje nam ruch), chować się za barykadami, przeskakiwać je. Trzeba uważać na wrogich żołnierzy bo mimo, że się nie poruszają, to jeżeli nasza postać znajdzie się w zasięgu wrogiej broni, to jej właściciel nie zawaha się jej użyć. Po przejściu w tryb celowania, czas się zatrzymuje, a my możemy spokojnie namierzyć przeciwnika, tutaj obowiązują standardowe zasady FPS – strzał w łepek zabiera więcej niż seria w klatę. Po ostrzelaniu (bądź innej czynności, jak naprawie czołgu) przeciwnika, możemy (jeżeli pozwalają na to Action Points), ukryć się za jakąś barykadą bądź w wysokiej trawie. Taka , jak wyżej opisana akcja, kosztuje nas określoną liczbę Command Points (człowiek jedną tarczę CP, czołg dwie). Po wykorzystaniu punktów, mija nasza kolejka i ruch wykonuje przeciwnik. Możemy zmniejszyć liczbę wrogich CP poprzez eliminacje ważniejszych żołnierzy imperium (po zabiciu takowego zobaczymy animacje pękającej tarczy).

Ogólnie w Valkirię Chronicles gra się naprawę przyjemnie, system jest prosty do oponowania i wystarczy chwila by śmigać na polu bitwy jak rasowy pies wojny. A dzięki rozbudowanym statystykom i pokaźnej liczbie uzbrojenia i ekwipunku, każdy kto ma w sobie żyłkę prawdziwego stratega, poczuje się tutaj jak w domu (a może raczej jak w bunkrze, hehe) i spędzi miło czas. A propos godzin, gra miło zaskakuje swoją długością, bo przy pierwszym podejściu zabiera nam około 20+ godzin, co w naszej generacji tytułów cztero do dziesięciogodzinnych jest wynikiem bardzo dobrym, a gracz chcący wycisnąć z VC ostatnie soki będzie musiał się nastawić na 30h walki.

Oczywiście Kroniki nie są grą idealną i posiadają wiele błędów, czy cech potrafiących wkurzyć człowieka. Pierwszą z nich jest uproszczenie rozgrywki AI, chodź przeważnie zachowują się poważnie i logicznie, to nieraz potrafi odwalić taką głupotę, że człowiekowi aż żal patrzeć. Co powiesz na stracenie połowy CP na bezsensowne maszerowanie (tudzież jazdę czołgiem) w przód i w tył, lub oddanie kolejki po wykorzystaniu dwóch CP? Boli też to, że strącony przeciwnik nie ginie, a zostaje „przeniesiony” w miejsce z którego spadł. No i czołgi, niby potężne ale żołnierza Imperium nie przejadą. Odbije się on od stalowej bestii, nawet nie odnosząc ran. Rozumiem, że muszą być jakieś ułatwienia, wszak żyjemy w generacji niedzielniaków (swojska wersja casual’a), ale na litość Cella, nie dało się wstawić, droga Sego, poziomu Realistic bądź coś pochodnego, by weterani takich gierek jak Final Fantasy Tactis, czy serii Front Mission mogli poczuć się jak w domu? Nie rozumiem również dlaczego tytuł ekskluzywny na PS3 nie obsługuje Trofeów? Nie widzę, lepszej gry na pucharki niż Valkiria Chronicles. Jest to zagadka, której odpowiedzi nigdy nie poznamy.

Kolejnym minusem może być dla niektórych brak Multi. Co można tłumaczyć tym, że mało któremu graczowi chciałoby się grać przez sieć, czy na jednej kanapie w strategię turową. Chociaż to drugie mogło by się udać (Kto grał w Hirołsy III na PC, ten wie o co chodzi). Może wystarczyłoby wprowadzić ograniczenia czasowe, tury i takie tam. No cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.

Kończąc już temat wad, z obowiązku przypomnę, że ze względu na fabułę i ilość filmików, VC może nie przypaść do gustu (a nawet może zostać niesłusznie zmieszana z błotem) ludziom uczulonym na kulturę japońską (w szczególności na mangę i anime).

„O! Szkicownik wpadł mi do konsoli”

Valkiria Chronicles wygląda naprawdę porządnie i niecodziennie. Otóż utrzymana jest w rysunkowym stylu, i nie, nie mam tutaj na myśli tradycyjnego cell-shadingu, a kompletny RYSUNKOWY styl, którego efekt jest spotęgowany specjalnymi filtrami. Postacie, jak i niektóre przedmioty, wyglądają jakby ktoś je właśnie naszkicował, ogólnie całość prezentuje się jakby żywcem została wyjęta ze stron komiksu/mangi. By spotęgować efekt „grania w komiks”, twórca dodał do gry onomatopeje, takie jak „Boom”, „Tratatatatata”, czy ‘’Ka-bum”. Efekt naprawdę może się podobać. Oprawa dźwiękowa niczym się nie wyróżnia (oprócz podwójnego Dubbingu). Ot porządna robota, bez rewelacji, polotu, w zupełności wywiązuje się ze swojego zadania.

Ciekawa to była książka…

Valkyria Chronicles to gra, którą albo się pokocha, albo znienawidzi. VC stara się przemówić do gracza niedzielnego, nęcić go TPP, niecodzienną grafiką i licznymi uproszczeniami, które z kolei mogą zniechęcić graczy hardcore’owych. Lecz jeżeli ktoś lubi klimaty Anime/Mangi i ogólnie pojętej japońszczyzny, to niech atakuje. Zawiedziony na pewno nie będzie .

Zobacz wideo

Zostaw komentarz

Na tapecie
Star Wars Jedi: Upadły zakon