Recenzja „Viking: Battle for Asgard”

W ramach wstępu zadam pytanie: Jak można spieprzyć grę o wikingach? Jak można stworzyć grę nudną i odpychającą, aż do granic możliwości, mając do dyspozycji wojowników północy i bogaty panteon bogów.. …skandynawskich? No jak?! Pytam się!

A no można, dokonała tego ekipa Creatve Assembly stojąca za rewelacyjnymi strategiami z serii Total War na PC i niezłą siekanką Spartan: Total Warrior na PS2. Najnowszy twór kreatywnej ekipy ma najwięcej wspólnego właśnie ze spartanem.

„Pieśń o Hel okrutnej i Skarinie bohaterze”

Pieśń zaczyna się gdy Bogini śmierci i świata podziemnego, Hel, córka kłamliwego Lokiego, wraz ze swą plugawą armią nieumarłych, pragnie zemścić się na Bogach i na ludziach za wygnanie jej z siedziby bogów, Asgardu. Chce on zbudzić brata Fenrira, olbrzymiego wilka, by przy jego pomocy wywołać Ragnarok – ostatnią bitwę, w której nie ma zwycięzców, a świat zostanie oczyszczony i ponownie się narodzi. Pięknolica Freya nie chce na to pozwolić, by świat obrócił się w nicość, więc wybiera jednego z walecznych wikingów. Ratując od śmierci, namaszcza dzielnego wojownika na swego championa, dając mu swój bezcenny klejnot Brisingna. Skarin, bo tak zwie się nasz bohater, ma odbić ziemie okupowane przez piekielną armię Hel i uratować świat od ostatecznego zniszczenia.

W taki oto sposób streściłem fabułę Viking: Battle of Asgard. Jak sami widzicie, jest nudno, sztampowo, a „nieoczekiwany” finał, średnio rozgarnięty gracz, będzie znał już od mniej więcej połowy gry. Nie będę ukrywał, że po skandynawskich bogach spodziewałem się czegoś więcej, a na pewno silniejszej reprezentacji, niż 3 postacie. Do tego dochodzi jakiś taki nijaki bohater… Nie wiem jak dla was, ale dla mnie bardzo ważne jest, by bohater miał w sobie jakiś magnes i charyzmę, by na sam jego widok przeciwnicy zaczęli prosić o łagodny wyrok kary, a dziewice traciły cnotę. To właśnie dlatego, grając Dantym czy Kratosem odczuwałem frajdę z koszenia kolejnych zastępów przeciwników. Skarin przy nich wypada jak stereotypowa blondynka na teście inteligencji, czyli słabo. Wygląda jakby go żywcem przenieśli z podręczników do historii, niczym się nie wyróżnia to też z trudem wpadają nam w oko jakieś charakterystyczne cechy. Do tego przez całą grę ani razu się nie odezwie, a jedynie co usłyszymy z jego ust to stękanie i sapanie, które bardziej pasują do gwiazdora filmów na literkę „p” niż do bezwzględnego wikinga.

Autorzy starali się uratować swoją fabułę marnie dodając klimatyczne, telepatyczne „przekazy” od Freyi i jeszcze kogoś, które co czas nawiedzają naszego protegowanego. Wstawki AMV utrzymane są w klimacie tych z filmu „300”.

A miało być tak pięknie… wyszło nudno.

Pod względem rozgrywki, „Wojna o Asgard” również się nie wybija poza przeciętną. Co z tego, że mamy otwarty świat, skoro większość zadań do wykonania nie wychodzą poza schemat: przyjdź, zabij, zapomnij. Ewentualnie dochodzi jeszcze opcja „pogadaj z NPC”. Do tego możemy doliczyć skradane misje, które ni ziębią, ni grzeją, ot tak jakieś urozmaicenie schematu, żadna rewolucja. Do tego dochodzi włóczenie się po okolicy i uwalnianie naszych towarzyszy (zamkniętych w klatkach, przywiązanych do pali), którzy zostali pojmani przez sługusów Hell i szukanie poukrywanych skrzyń czy worków ze złotem, za które w osadach kupimy toporki do rzucania, czy skandynawską wersję koktajlu Mołotowa (oba idealnie nadają się do misji A’la assasin), oraz runy, dostępne w trzech smakach: ognistym, lodowym i piorunowym, potrafiące (po nabyciu specjalnego paska) wzmocnić nasz oręż na pewien czas. Ostatecznie za złote dukaty Skarin będzie mógł się nauczyć nowych kombinacji ciosów.

Hej ho, na wojenkę by się szło!

Wielkie bitwy to najlepsza rzecz jaką może się poszczycić Viking. Po zaliczeniu odpowiedniej ilości zadań na wyspie, odblokowuje się nam możliwość frontalnego uderzenia na fortece przeciwnika (chodź nie zawsze, czasami może to być zasadzka lub atak na oddział wroga). Bitwa wygląda świetnie, ekran aż po horyzont wypełniony jest wojownikami, którzy zaciekle walczą ze sobą. Łucznicy strzelają, wielgachni kapitanowie armii Hell, wraz z olbrzymami sieją popłoch wśród naszych kompanów, a wikingowie starają się dzielnie stawiać czoło hordzie nieumarłych. Jest wesoło. Oczywiście my, razem ze Skarinem lądujemy w samym środku „burdelu”. Jako główny bohater, mamy do wykonania szereg zadań polegających na wybiciu szamanów wskrzeszających poległych lub groźnego przeciwnika masakrującego nasze oddziały. W walce biorą też udział potężne smoki, które od czasu do czasu mogą przerzedzić wrogie szeregi swoim ognistym ziewem.

Macha, sieka, (prawie) pełny serwis

Walka jest na pewno jednym ze słabszych elementów w grze. Niby mamy wszystko, ciosy są szybkie, mocne (idealne do niszczenia tarcz) ataki skrytobójcze. W czasie naszej przygody możemy uczyć się nowych kombinacji, a po naładowaniu specjalnego paska, możemy odpalić moc jednego z żywiołów. Są też i obowiązkowe, krwawe wykończenia: odcięcie głowy, przecięcie w pół, pozbawienia przeciwnika obu rączek czy główki. Jest nawet wszechobecne QTE. Więc czemu uważam walkę za słaby element rozgrywki? Po prostu nie czuję mocy, że gram wikingiem, tej niszczącej furii. Dlaczego siekiera przechodzi przez ciała wrogów jak nóż w masło? Przecież powinna ona wbić się do połowy ciała i wyrąbać spory kawał mięcha… I niech nikt nie wmawia mi, że gdyby tak było, gra byłaby gore i ogólnie hardcore. Przecież gra i tak jest dozwolona od 18 lat, więc nie widzę przeszkód by „kreatywni” mogliby dołożyć parę naprawdę krwawych finiszów, bo oglądanie tego samego zaczyna nudzić. Co zresztą tyczy się też „Quick Time Event’ów”, są one upchane po prostu wszędzie, nieważne czy mają za zadanie uatrakcyjnić walkę, czy są wsadzone tylko po to by zając czas graczowi (po jakiego grzyba mi rytmiczne wciskanie klawisza podczas rozwiązywania liny?). Niestety momenty gdy wciskamy klawisze, są pozbawione jakiejkolwiek brutalności, rajcowności, a ich oglądanie nie sprawi, że zaczniemy myśleć iż gramy naprawdę złym „madafaką”. Skarin wygląda jak rzeźnik przy pracy, łeb odrąbie, upuści litr krwi, łapki poucina, ale pasji w tym za grosz nie znajdziemy. Obraz nędzy i rozpaczy dopełnia mała paleta przeciwników i „Bossowie”, którzy (uwaga!!) są lekko zmodyfikowaną wersją przeciwników ze wcześniejszych etapów w grze! Nie muszę mówić, że gdy zobaczyłem „finałowego bossa”, to miałem ochotę rzucić padem o podłogę.

Nie wszystek umrze

Szkoda, że cały deweloperski team potraktował swoją robotę po macoszemu. No prawie cały , bo wypada pochwalić gości odpowiedzialnych za grafikę i silnik gry, odwalili naprawdę kawał niezłej roboty. Wiking może i nie jest drugim Uncharted , ale nie ma się czego wstydzić. Tekturki są niezłe i mimo, że świat, który przemierzamy jest dość pusty, to nie da się o nim powiedzieć, że jest brzydki. Tak samo prezentują się postacie, są wymodelowane w dość szczegółowo, widać dbałość o szczegóły . Z dokonań grafików najbardziej podoba mi się zmienna pogoda, jak to wygląda? Otóż na ziemiach będących pod władaniem Hell panuje mrok, zawieja i ogólnie niezbyt miła atmosfera. Gdy ziemie te podbijemy, aura zmienia się nie do poznania, wychodzi słoneczko, wszystko nabiera jasnych barw i ogólnie jest pięknie. Widząc taki sielski obrazek od razu przechodzi ochota na zabijane. Brawa za pomysł i jego świetną realizację! Animacja też trzyma fason, może nie jest to mistrzostwo świata, ale nie razi w oczy i przede wszystkim wygląda naturalnie. Cóż, wszyscy wiemy jak trudną sztuką jest napisać wydajny silnik na konsolę obecnej generacji (w szczególności na „chlebaka”). Kreatywnym się to udało i gra nie irytuje częstym wczytywaniem danych, ani drastycznym spadkiem animacji, nawet podczas wielkich bitew.

Nie zasłużyłeś wikingu na to, by ucztować w Valhalii

Nawet jeśli świnie ubierzesz w garnitur od Armaniego, to i tak będzie dalej będzie świnią.Tak samo wygląda sprawa z Wikingiem. Wiem, mocne słowa, ale niestety prawdziwe. Mówię je z nie ukrywanym bólem i z żalem bo,czuć pokłady niewykorzystanego drzemiące w grze potencjału. Gdyby cały zespół pracował równie wytrwale jak graficy, to byśmy otrzymali przynajmniej niezły „szpil”, a tak? Dostaliśmy nieudolnego klona God of War z opcją wzięcia udziału w wielkich bitwach. Grę, która po godzinie zabawy ląduje na aukcji, półce czy w koszu na śmieci. Nie wiem , czy brak dopracowania gry to wina wydawcy, że naciskał Creative Assemble by jak najszybciej wydali grę ? Czy może zbyt wiele czasu developerowi zajęło napisanie optymalnego silnika, co odbiło się na jakości rozgrywki? Nie mam bladego pojęcia. Wiem jedno, ja zagrałem i żałuję.Grać na własną odpowiedzialność. Jakby coś to ostrzegałem.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Marvel's Avengers