Recenzja „Watch Dogs 2”

Pierwszy Watch_Dogs nie był grą złą, jednak ucierpiał przez politykę Ubisoftu. Jeśli nie pamiętacie, to francuski wydawca zapowiedział grę w 2012 roku, pokazując fantastyczny zwiastun, zachwycający przede wszystkim oprawą graficzną. Wydana dwa lata później gra nie wyglądała jednak już tak dobrze, a ponadto bugi występowały w niej częściej niż powinny, co spotkało się z dość mocną krytyką graczy. Częściowo oczywiście słusznie, ale narzekanie było znacznie przesadzone, gdyż historia Aidena do złych nienależała.

Stało się jednak, jak się stało i teraz Ubisoft chce zmazać plamę wydając sequel Watch_Dogs. Tym razem obyło już się bez ściemy, od początku było wiadomo jak wyglądać będzie gra, aby gracze po raz kolejny nie poczuli się oszukani. I nie poczują, choć tym razem nie spodobać im się może coś innego…

Producent bowiem zdecydował się na porzucenie poważnego, szaro-burego Chicago i raczej beznamiętnego Aidena na rzecz kolorowego, słonecznego San Francisco i grupy hakerów-hipsterów robiącej wszystko, aby ich grupa – znana z pierwowzoru DedSec – zdobyła w portalach społecznościowych jak najwięcej „followersów”. Jeśli więc w prawdziwym życiu nie zależy wam na kolekcjonowaniu lajków, nie zbieracie serduszek na Instagramie czy mierzwią was psie uszy i nosy dodawane na zdjęciach w Snapchacie to trudno wam będzie utożsamić się z bohaterami i może nawet zniechęcić do produkcji. Nie zniechęcajcie się jednak za szybko, bo pomimo iż DedSec jest jaki jest, można odnieść wrażenie, że twórcy chcieli wyśmiać obecnie panujące internetowe trendy, niż im przyklasnąć.

Głównym bohaterem Watch Dogs 2 jest Marcus Holloway, jeden z najzdolniejszych hakerów w San Francisco, niesłusznie uznany za przestępcę na podstawie obliczeń algorytmu komputerowego. Jego towarzyszami są charakterystyczni Sitara, Śruba, Josh i Hitaro. Cała ekipa postawiła sobie za cel zdyskredytowanie firmy Blume, twórców systemu ctOS – tym razem w wersji 2.0, który odpowiada za funkcjonowanie całej elektronicznej infrastruktury miasta, m. in. za bankowość czy komunikację samochodową lub publiczną, a także zbiera dane dotyczące mieszkańców metropolii. To właśnie nie podoba się członkom DedSec, którzy obawiają się, że informacje te wykorzystywane są, często nielegalnie, do bogacenia się kosztem niczym nieświadomych ludzi, nierzadko narażając ich na niechciane straty i nieprzyjemności. I, jak się szybko okazuje, mają całkowitą rację.

Wspomnianych wcześniej „followersów” nasi hakerzy nie zbierają tylko po to, aby zyskać wątpliwą popularność, ale przede wszystkim dlatego, by za sprawą ich urządzeń uzyskać moc obliczeniową, która pozwoli zmierzyć się z potężnymi, rozsianymi po całym świecie serwerami Blume. I trzeba przyznać, że DedSec realizuje swój plan bardzo konsekwentnie, gdyż śledzących nasze poczynania ludzi przybywa z zawrotną szybkością, a to dlatego, że zdobywa się ich praktycznie za każdą wykonywaną w grze aktywność. Stanowią oni bowiem odpowiednik punktów doświadczenia, wymienianych na punkty badań, za które rozwijany zdolności protagonisty. Twórcy sprytnie połączyli więc fabułę z rozgrywką, nadając naszym poczynaniom sens.

Fabularnie gra może nie porywa i nie sprawia, że historię śledzi się z zapartym tchem, nie mogąc doczekać się, co się stanie dalej. Za wszystko winna jest konwencja, gdyż wątek fabularny to zlepek luźno powiązanych ze sobą misji. Historię jednak warto poznać choćby ze względu na nawiązania do rzeczywistości i wizji twórców, którzy sugerują, iż każda duża korporacja ma coś za uszami, a ładne opakowanie skrywa niesmaczną zawartość. Podczas misji fabularnych infiltrujemy siedziby Nudle’a, odpowiednika Google’a, czy !NViTE, odpowiednika Twittera, uderzamy w organizację działającą pod przykrywką kościoła czy udowadniamy, że reklamowane na szeroką skalę systemy mające zapewniać komfort i bezpieczeństwo w domu wcale go go końca nie zapewniają, a wszelkie kamery czy czujniki służą przede wszystkim do szpiegowania. Nie nudniej jest za sprawą misji pobocznych, podczas których walczymy, oczywiście przy pomocy hakowania, za firmą ubezpieczeniową regularnie podnoszącą składki czy z firmą farmaceutyczną zwalniającą pracowników za to, że rzekomo wspierają DedSec. Ubisoft przy projektowaniu misji popisał się niezłym poczuciem humoru oraz umiejętnością karykaturalnego przedstawienia naszej rzeczywistości, a – co więcej – udowodnił, że potrafi śmiać się sam z siebie, bo możemy włamać się do… siedziby francuskiego wydawcy.

Włamywanie się nie byłoby jednak satysfakcjonujące, gdyby nie przemyślana i intuicyjna rozgrywka, a z taką właśnie mamy do czynienia. Tak po prawdzie, twórcy nie wysilali się ze zmianami w stosunku do części pierwszej, a jedynie dodali kilka nowości i usprawnień, ale nie oznacza to, że to źle, bo w pierwowzorze sprawdzało się to świetnie. Główną oś rozgrywki – co nie jest zaskoczeniem – stanowi hakowanie większości urządzeń, które mają w sobie jakąkolwiek elektronikę. Możemy na przykład spowodować zwarcie w skrzynce rozdzielczej, aby porazić przeciwnika czy spowodować, że samochód ruszy do przodu lub w bok, przejeżdżając przy okazji kilku nieprzyjaciół. Podczas samochodowych pościgów natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, aby na skrzyżowaniu zmienić wszystkie światła na zielone i tym samym spowodować spory chaos czy wysadzić jakąś studzienkę kanalizacyjną, aby zatrzymać goniący nas ogon. Wszystkie te operacje sprowadzają się tak naprawdę do naciśnięcia jednego przycisku, należy jednak zwracać uwagę na ilość posiadanych botnetów, których wyczerpanie oznacza chwilą niemożność bawienia się w hakera. Marcus posiada także zgoła inne umiejętności – można na przykład nasłać na przeciwnika członków gangu czy policję, tym samym odwracając skutecznie jego uwagę, można shakować mu telefon, aby zapatrzył się w niego i tym samym nie zwracał co się dzieje wokół, można w końcu masowo zakłócić łączność lub działanie systemów w postaci wszędobylskich kamer lub czujników, aby znacznie ułatwić sobie przedarcie się do wskazanego celu. Gra oferuje więc naprawdę sporo możliwości i widać, że faworyzuje działanie z ukrycia, jak na grupę hakerską przystało.

Najbardziej jednak świadczą o tym nowe zabawki, które otrzymał bohater. Są to dwa drony, w których posiadanie wchodzimy poprzez… wydrukowanie ich sobie w drukarce 3D dostępnej w naszej kryjówce. Są to skoczek oraz quadcopter, które niejednokrotnie przydają się, kiedy po cichu, bez zwracania na siebie specjalnej uwagi, trzeba zinfiltrować jakiś silnie strzeżony obiekt przeciwnika. Najpierw wysyłamy helikopterek za pomocą którego rozglądamy się po terenie i oznaczamy kręcących się tu i ówdzie wrogów, a następnie puszczamy do akcji skoczka, który potrafi wciskać się do szybów wentylacyjnych i wchodzi w interakcje z napotkanymi urządzeniami, dzięki czemu można np. uruchomić obejście i rozwiązać średnioskomplikowaną łamigłówkę, tym samym odblokowując zamknięte wcześniej na cztery spusty drzwi. Co więcej, drony potrafią rozpraszać uwagę przeciwników czy zrzucać ładunki wybuchowe i elektryczne, co powoduje, że podczas niektórych misji bohater nie musi wchodzić na zastrzeżony teren, bo robotę odwalają za niego jego wszechstronne zabawki. Przypomina mi się w tym miejscu jedna z misji, w której musieliśmy wyeliminować faceta, przebywającego akurat na nielegalnej arenie walk psów. Sprawą zajął się wysłany skoczek, za pośrednictwem którego otworzyłem klatki, gdzie trzymane były agresywne czworonogi i to one zajęły się sprawą.

Jeśli jednak nie lubicie działania po cichu to nic nie stoi na przeszkodzie, aby grę przechodzić w stylu rambo, jednak jest to znacznie trudniejsze. Co prawda arsenał, który dzierżyć może Marcus jest dość szeroki – pistolety, karabiny, strzelby czy wyrzutnie granatów – przeciwników jest na ogół sporo i są oni dosyć wytrzymali, a ponadto, jak coś się dzieje i w porę nie zakłócimy ich telefonów wzywają wsparcie. Z tego względu o wiele lepiej sprawdza się skradanie, hakowanie i strzelanie z paralizatora, no ale jak kto lubi.

Nie samymi zadaniami jednak człowiek żyje, bo Watch Dogs 2 to gra z otwartym światem i można poświęcić swój czas aktywnościom pobocznym. Tych nie ma jednak zatrważająco dużo – możemy pokonywać trasy na czas motocyklami/łódkami/dronami, pościgać się gokartami, w ramach jednej z misji malować grafiti, a także pomagać ludziom potrzebującym podwózki. W grze nie zabrakło również zbieractwa – możemy podnosić torby pełne pieniędzy, punkty badań służące do ulepszeń, kluczowe dane potrzebne do nauczenia się najlepszych umiejętności czy lakiery do przemalowywania naszych kupionych lub zdobytych pojazdów. Fajnym patentem jest również pstrykanie zdjęć najbardziej charakterystycznych i najciekawszych miejsc w San Francisco.

Dodatkową atrakcją, ale tylko dla osób posiadających abonament PlayStation Plus, jest tryb sieciowy, który częściowo pokrywa się z trybem dla pojedynczego gracza. Od czasu do czasu na mapie pojawia się wyzwanie, w którym musimy ścigać jakiegoś innego hakera przy wsparciu policji czy wykryć i zneutralizować hakera, który próbuje wykraść dane z naszego telefonu. Oczywiście, tymi hakerami są inni gracze. Opcję tę jednak można wyłączyć i samemu decydować, kiedy chcemy wziąć udział w zabawie multiplayer. Ponadto, dostępne są także niedługie, kooperacyjnie (do dwóch osób) misje, gdzie musimy coś zniszczyć, ukraść czy uwolnić jakiegoś nieszczęśnika. Wyszukiwanie graczy przebiega w miarę sprawnie, zdarzyło się jednak występowanie małych lagów.

Od strony technicznej gra prezentuje się bardzo dobrze. Miasto oraz otaczające go mniejsze miejscowości są odpowiednio szczegółowe, a twórcy zadbali, aby jak najdokładniej odwzorować charakterystyczne miejsca i budowle prawdziwego San Francisco. Da się także odczuć klimat kolorowej, całodobowo żyjącej metropolii. Nie zapomniano również o zaoferowaniu szerokiej gamy pojazdów – samochodów różnych rodzajów, jednośladów czy łodzi, ale nic nie stoi na przeszkodzie by przejechać się popularnymi w San Francisco tramwajami. Model jazdy jest jednak średni i mało realistyczny, nie czuć wagi pojazdów, które są zbyt czułe i niejednokrotnie wpadają w niekontrolowane, nienaturalne poślizgi. Ponadto, gra cierpi na krótkotrwałe spadki animacji, szczególnie jak więcej się dzieje, oraz nie ustrzegła się bugów i to miejscami dość poważnych – oprócz znikających nagle samochodów czy przenikania się tekstur, przez błąd nie mogłem ukończyć jednej z misji pobocznych, gdyż gra uznała, że odbyłem rozmowę, mimo że tak nie było i przez to trwale nie mogłem kontynuować zadania. Całe szczęście, że zdarzyło się to w mało ważnej misji pobocznej, a nie głównej i tylko raz.

W aspekcie muzyki się natomiast postarano i w radiu usłyszeć możemy kilkadziesiąt kawałków z różnych gatunków muzyki – od klasyki po ciężkiego rocka. Zespoły jakie udostępniły twórcom swoje utwory to m. in. Boys Noize & Pilo, Major Lazer czy Anti-Flag.

Podsumowanie

Watch Dogs 2 jest tym samym co oryginał tyle, że z paroma dającymi powiew świeżości nowościami w rozgrywce i całkowicie nowym klimatem, który na pewno nie wszystkim przypadnie do gustu, ale spokojnie można przymknąć na niego oko. Zabrakło co prawda jakiegoś prawdziwego bum w wątku fabularnym, aktywności poboczne starczą może na godzinę czy dwie zabawy (czego nie można powiedzieć o misjach dodatkowych, których jest sporo), w rozgrywkę wkracza się po pewnym czasie drobna monotonia, a pod względem technicznym nie ustrzegnięto się błędów, ale i tak w najnowszą produkcję Ubisoftu, choćby ze względu na aspekty związane z hakowaniem, warto zagrać. Jest to najlepsza gra z otwartym światem tej jesieni.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Crash Bandicoot N. Sane Trilogy