Recenzja „Wolfenstein”

Wolfenstein – czy ktoś z Was nie kojarzy tej nazwy? Uznawany za ojca gatunku wojenny FPS Wolfenstein 3D na stałe wpisał się do historii komputerowej rozrywki. Ta stworzona w 1992 roku gra otrzymała luźny sequel Return to Castle Wolfenstein w 2001 roku, który okazał się świetną strzelaniną z mocarnym klimatem. Teraz w nasze ręce trafia kolejna część cyklu stworzoną przez id oraz Raven Software.

I tym razem wcielamy się w żołnierza polskiego pochodzenia, który jest koszmarem sennym Trzeciej Rzeszy. B.J. Blazkowicz otrzymuje zadanie powstrzymania działań Niemców w związku z projektem Czarne Słońce, które daje ogromną moc i niewątpliwie przyczyniłoby się do wygrania wojny przez Hitlera. Zostajemy wysłani do miasta Isenstadt gdzie dołączamy do ruchu oporu, który ma na celu odzyskanie kontroli nad miastem. Tu dochodzimy do nowości w serii, ponieważ gra stała się w pewien sposób sanboxem. Oczywiście nie jest to coś na miarę GTA, ale pewna nieliniowość rozgrywki daje sie poznać. W mieście spotkamy również przedstawicieli Czarnego Rynku u których możemy dokupić ulepszenia do naszych broni, co jest niewątpliwym plusem. I tak do karabinu Kar 98 możemy dokupić lunetę, tłumik czy też bagnet i stworzyć śmiertelną broń do walki na dystans oraz w zwarciu. Można również ulepszyć inne aspekty broni jak jej moc, celność, szybkość, czy też wagę w przypadku wyrzutni rakiet. Arsenał jest dość standardowy (granaty, karabiny maszynowe, miotacz płomieni) nie licząc fantazji twórców w postaci działka Tesli czy broni, której pociski rozbijają przeciwników na cząstki (dosłownie). Pozostając w temacie uzbrojenia należy napisać o świetnym czuciu broni, dzięki któremu eliminowanie przeciwników jest piekielnie zadowalające. Wracając do naszych podróży po mieście to podróżując po nim często napotykamy oddziały wroga, które starają się nam utrudnić zadanie. Oprócz standardowych zadań popychających fabułę do przodu, otrzymujemy również kilka pobocznych, których nie musimy wykonywać aby ukończyć grę.

Przejdźmy teraz do motoru napędzającego całą rozgrywkę, który był dość mocno reklamowany, a mianowicie mocy naszego herosa. Już w drugiej misji otrzymujemy w swoje łapy tajemniczy artefakt, który posiada kilka ciekawych właściwości (zdobywanych w miarę postępów w grze). Na początku oddano nam do dyspozycji moc, która powoduje, że cały widziany świat przybiera zielonkawy odcień i przenosi nas do alternatywnej rzeczywistości, dzięki czemu możemy ujrzeć ukryte przejścia. Dodatkowo stajemy się szybsi, a nasi wrogowie posiadają mocną poświatę, dzięki której łatwiej jest nam ich trafić. Oczywiście czas używania artefaktu jest ograniczony i aby go uzupełnić musimy stanąć w pobliżu swego rodzaju źródeł mocy rozsianych po całym obszarze gry. W kolejnych misjach odnajdziemy kolejne, dodatkowe moce. Na pierwszy ogień idzie spowalnianie czasu, które przydaje nam się do walki z bardzo szybkimi przeciwnikami, czy też pułapkami w postaci zapadających się podłóg czy też zamykających się ścian. Trzecią mocą jest zwiększenie siły naszych pocisków, które są zdolne przebijać ściany. Na koniec zostawiono nam tarczę energetyczną, która po ulepszeniu potrafi również odbijać pociski, które ranią wrogów. Tak jak bronie, również i moce możemy ulepszać na Czarnym Rynku.

Przyjrzyjmy się teraz wrogom jacy są posyłani przeciwko nam przez twórców gry. Oprócz standardowego mięsa armatniego w postaci zwykłych żołnierzy napotkamy na swojej drodze naukowców posiadających podobne moce do naszej postaci i potrafiących tworzyć tarcze chroniące ich kompanów. Nie zabraknie również ciężkiej piechoty w postaci żołnierzy z miotaczami płomieni czy też minii bossów z bronią energetyczną, a co jakiś czas zostaniemy również zaatakowani przez twory stworzone w niemieckich laboratoriach. Nie zapomniano również o bossach, których w grze znajdzie się kilku i na każdego istnieje inny sposób na unicestwienie. Wszystko byłoby piękne, gdyby nie jeden duży zgrzyt. Gra jest banalnie prosta i nie stanowi żadnego wyzwania nawet na najtrudniejszym poziomie. AI wrogów praktycznie nie istnieje bo zawsze pchają się nam pod lufę i w sumie wystarczy stać w drzwiach z bagnetem aby pokonać wszystkie co słabsze jednostki. Większe wyzwanie stanowią mocniejsi wrogowie, jak wspomnieni wyżej naukowcy, ale dzięki naszym mocom i tak nie są trudni do pokonania. Osobiście jedyną poważną trudnością w grze może być walka z ostatnim bossem, który posiada wszystkie nasze moce i potrafi z nich dobrze korzystać.

Esencją Wolfensteina są świetnie zrealizowane lokacje, w których dzieją się poszczególne misje. Co powiecie na farmę, na której kilkaset metrów pod ziemią Niemcy w ogromnej skalnej grocie wybudowali kompleks laboratoriów? Widok podczas zjazdu windą jest niesamowity. Nie mogło również zabraknąć wizytówki serii, czyli starego zamczyska. Odwiedzimy jeszcze kilka ciekawych miejsc, ale nie będę zdradzał szczegółów, ponieważ najlepiej wszystko odkryć samemu. Co zaś się tyczy miasta głównego to widać iż twórcy postanowili stworzyć labirynt z mnóstwem uliczek i ukrytych przejść. Podczas naszych wojaży natkniemy się również na dziesiątki rzeczy do odnalezienia, które można podzielić na 3 kategorie: złoto, za które możemy dokonywać ulepszeń arsenału i mocy; notatki i schematy, które spajają fabułę; stare książki, które są niezbędne do odblokowania niektórych ulepszeń. Generalnie jest co zbierać i jeśli ktoś ma naturę poszukiwacza, to gra zapewni mu sporo frajdy.

Na koniec omówmy kwestie techniczne, których ominąć nie sposób. Autorzy wykorzystali leciwy już silnik graficzny, który napędzał między innymi Doom’a 3, przez co gra nie dorównuje najładniejszym grom (postacie szczególnie), ale nie jest źle i niektóre miejsca potrafią zauroczyć. Za fizykę odpowiada standardowo Havok i spisuje się świetnie kiedy oglądamy na ekranie szczątki beczek, skrzynek czy też wrogów latających w powietrzu. Udźwiękowienie to mocny punkt produkcji, gdyż muzyka spełnia swoje zadanie, a i odgłosy wystrzałów i wybuchów brzmią odpowiednio. Zażenowanie jednak może wywołać fakt, że wszyscy Niemcy mówią po angielsku z niemieckim akcentem co brzmi groteskowo i nienaturalnie. Jeśli postanowicie zainteresować się ta produkcją to pamiętajcie o obowiązkowej instalacji około 600MB.

Podsumowując, Wolfenstein to stary dobry FPS z domieszką okultyzmu i jako taki, spełnia swoje zadanie. Lecz jeśli oczekujecie intensywnej rozgrywki na poziomie Modern Warfare czy Killzone 2 to możecie się srogo zawieść. Jeśli zaś oczekujecie zabawy w trybie multi to od razu zapomnijcie, bo jest to niegrywalny gniot z jeszcze brzydszą grafiką i mechaniką wołającą o pomstę do nieba.

Recenzja

Zostaw komentarz

Na tapecie
Marvel's Avengers