Recenzja „Yooka-Laylee”

Prawie 19 lat temu brytyjskie studio Rare, współpracujące wówczas z Nintendo, zaprezentowało światu swoją nową grę – Banjo-Kazooie. Kolorowa, trójwymiarowa platformówka z odważnymi i pociesznymi bohaterami, złowieszczą Gruntildą, fajnymi rozwiązaniami w rozgrywce i masą rzeczy do zebrania podbiła serca wielu graczy, w tym moje. Wraz z Yooką i Laylee mam okazję sprawdzić czy stara miłość nie rdzewieje.

Rozpoczynając zbiórkę na Kickstarterze, studiu Playtonic, złożonym w dużej mierze z byłych pracowników właśnie Rare, przyświecało założenie, aby Yooka-Laylee był duchowym spadkobiercą właśnie oryginalnego Banja. Spadkobiercą zupełnym, czyli nieingerującym w schematy czy założenia rozgrywki. Czy jednak to, co bawiło nas prawie dwadzieścia lat temu będzie w stanie przekonać do gatunku platformówek nowych, urodzonych już w tym wieku graczy?

Odpowiadając na to pytanie mogę być nieobiektywny, gdyż w Banjo-Kazooie, jako dzieciak, przegrałem kilkadziesiąt godzin, czyszcząc wszystkie plansze z puzzli i nutek. Jestem jednak przekonany, że tego typu, niczym nieskrępowana rozgrywka jest ponadczasowa i może zarazić (a nie – zrazić) do siebie młodszych jej odbiorców, o ile są oni w stanie zaakceptować fakt, że nie będą prowadzeni za rękę od jednego celu do drugiego, a liczyć się będzie przede wszystkim ich spryt, spostrzegawczość oraz zręczne palce.

Yooka i Laylee to para zwierzaków, która odpoczywa sobie na trawiastej polanie w chwili, kiedy złowrogi Capital B postanawia, że zawładnie światem poprzez wyssanie ze świata wszystkich obecnych na nim książek, w tym – oczywiście – książkę czytaną podczas wywczasu przez parę naszych bohaterów. Ci postanawiają nie puścić tego płazem i postanawiają przerwać urlop, wybierając się do fabryki antagonisty, aby odzyskać swoją własność i przy okazji uratować świat.

Szczęściem bohaterów jest to, że podczas porwania książka – której jeszcze przed chwilą byli właścicielami – pogubiła strony, które możemy przy okazji naszej przygody zebrać. Strony te pomogą uzupełnić stronice wielkich ksiąg znajdujących się w fabryce – stanowiącej odpowiednik bazy wypadowej – które to księgi przenoszą nas do pięciu różnorodnych, rozbudowanych światów. Jest to dokładnie taki sam patent, jak we wspominanym już Banjo-Kazooie, gdzie dostęp do kolejnych plansz odblokowywaliśmy poprzez zbieranie puzzli i uzupełnianie nimi obrazów wiszących tu i ówdzie w zamku Gruntlidy. Co jednak ciekawe, w zależności od tego, ile stron ksiąg uzupełnimy, zwiedzać możemy świat w wersji podstawowej, jaki i rozszerzonej, rozbudowanej o nowe, wcześniej niedostępne rejony.

Jak wspomniałem, światów jest pięć – starożytne tropiki, śnieżna kraina, bagna, kasyno i coś na wzór kosmosu. Mam nadzieję, że nie posądziliście mnie w tym momencie za spojler, bo najistotniejsze jest to, co się w tych światach kryje, a do odkrywania jest naprawdę sporo. Najważniejsze jest znalezienie w każdym z nich 25 stronic, co niejednokrotnie wiązać będzie się z wykonaniem powierzonych przez napotkane postacie zadań, wykorzystaniem umiejętności nauczonych się przez Yookę i Laylęę czy zaliczaniem sekcji zręcznościowych. Oprócz tego, na każdej z plansz do zebrania czeka 200 piórek, pomysłowa walka z bossem czy… możliwość zagrania na automacie w jedną z kilku stylizowanych na staroszkolne gier typu Flappy Bird czy Micro Machines wraz z biciem rekordu w każdej z nich. Twórcy zadbali o to, abyśmy się nie nudzili i cieszy fakt, że byli pod tym względem niezwykle kreatywni. Co jednak najważniejsze, jak zresztą już wspomniałem, wszystkie sekrety odkrywamy samemu zwiedzając dany świat – nic nie jest podane na tacy i aby zebrać zupełnie wszystko trzeba wykazać się sprytem i umiejętnością łączenia faktów i wskazówek dawanych nam przez wózek kopalniany, nierozgarniętą chmurkę lub cztery świnki, które bardzo chciałyby zostać czterema muszkieterami. Nie zabrakło również nowoczesnego odpowiednika Mambo Jumbo, czyli chwilowej zamiany w inną postać, co pozwala na postrzeganie przemierzanego świata w nieco odmienny sposób.

Aby dotrzeć do finału i ostatecznego rozwiązania problemu porywanych książek trzeba nie tylko zaliczać poszczególne światy, ale także domyślić się, jak do nich po kolei docierać. Szóstym światem bowiem jest fabryka Capital B, gdzie także zbierać możemy zagubione strony i piórka, a także odkryć kilka zagadek i sekretów. Pomiędzy poszczególnymi segmentami twórcy zadbali też o rozruszanie naszych szarych komórek. Aby pchnąć rozgrywkę do przodu trzeba rozwiązać quiz, który sprawdza, jak wiele pamiętamy z poziomów, które przed chwilą odwiedziliśmy. Jesteśmy pytani o to, jak napotkana postać się nazywała, gdzie znajduje się miejsce widoczne na zdjęciu czy ile posiadamy w tym momencie stronic lub piórek. Wydawać by się mogło, że takie rozwiązanie jest pójściem na łatwiznę, ale sami twórcy żartują, że nie starczyło im budżetu na zaimplementowanie jakiejś epickiej walki z bossem, a ponadto jest to nawiązanie do mega-quizu odbywającego się na tych samych zasadach, który musieliśmy zaliczyć, aby dotrzeć do Gruntilidy w Banjo-Kazooie. Tak, wiem, że znów nawiązuje do tej gry…

Rozgrywka w Yooka-Laayle jest kwintesencją platformówek. Postacie reagują bardzo responsywnie na nasze naciśnięcia, a wachlarz ruchów jest szeroki. Ruchów uczymy się stopniowo od dość ekscentrycznego węża noszącego… spodnie. Yooka i Laylee umieją się turlać, atakować z góry, unosić się w powietrzu, tworzyć pole ochronne, wchłaniać językiem różne substancje i zyskiwać dzięki temu dodatkowe zdolności czy ostatecznie – latać. Wykorzystywanie tych wszystkich umiejętności lub ich łącznie jest niezbędne, aby przejść grę w 100% i cieszy fakt, że wszystkie wprowadzone są stopniowo i z pomysłem. Zwiedzając pierwsze plansze od razu widać, że do niektórych miejsc nie da dotrzeć się od razu, a powracanie do odwiedzonych już lokacji, ze zdobytymi, nowymi umiejętnościami, sprawia satysfakcję.

Od strony graficznej tytuł prezentuje się poprawnie, a przede wszystkim – kolorowo. Animacje wyglądają bardzo dobrze i utrzymują stałe trzydzieści klatek na sekundę. Ścieżka dźwiękowa jest wesoła, a przede wszystkim sentymentalna – osoby grające w Banjo-Kazooie już w pierwszej planszy poczują się, jak w domu. Nie można również narzekać na to, że postacie podczas dialogów, zamiast wypowiadać przypisane kwestie, stękają. Tak było w „oryginale” i nikt, a przede wszystkim twórcy, nie obiecywali, że coś się w tej kwestii zmieni. Poza tym, nie ukrywajmy, ma to po prostu swój, staroszkolny, i unikalny klimat. Wszak trudno to sobie teraz wyobrazić, ale kiedyś gry na prawdę nie posiadały voice-actingu. Na plus zasługuje także cena sklepowa tytułu, którą w dniu premiery można było nabyć już za niecałe 150 złotych.

Podsumowanie

Jak zapewne już wydedukowaliście, Banjo-Kazooie jest jedną z moich ukochanych gier, żywię do niej do tej pory niesamowity sentyment. Mimo że było to prawie 20 lat temu, do tej pory pamiętam, jak jako 8-letni chłopak mierzyłem się na szczycie wieży z Gruntildą w asyście kolorowych Jinjo, których teraz zastępują nieco złośliwe Ghost Writery. Yooka-Laylee umożliwiło mi ożywienie tych miłych, growych wspomnień. Jest to gra jakiej oczekiwałem i jakiej oczekiwać powinien każdy fan oryginalnego Banjo. Kolorowa platformówka z barwnymi, charakterystycznymi postaciami, wymagająca miejscami pomyślunku i nagradzająca gracza znajdźką, która umożliwia zwiedzanie kolejnych światów.

Osobiście mam nadzieję, że twórcy ze studia Playtonic nie zrażą się niektórymi, krytycznymi recenzjami, których autorzy – mam wrażenie – nie zrozumieli idei przyświecającej grze, wyprodukowanej w hołdzie platformówkom z lat ’90 i stworzą Yooka-Looie, na wzór Banjo-Tooie.

Miło było wrócić do dzieciństwa.

Zostaw komentarz

Na tapecie
Assassin's Creed Origins